Antoni dopiął swego – „Korona” zdobyta!

obrazek_news

Znają go wszyscy biegacze w regionie – uśmiechnięty, przyjacielski, otwarty. Antoni Kozłowski, bo o nim mowa, to mieszkaniec Krzewiny w gminie Kaczory. Biega od dawna, ale przed rokiem po raz pierwszy podjął się dzieła arcytrudnego przedsięwzięcia: zdobycia Korony Maratonów Polskich w ciągu roku! Mniej wtajemniczonym należy się wyjaśnienie: Korona należy się biegaczowi, który przez dwa sezony ukończy pięć najbardziej prestiżowych maratonów w Polsce: w Dębnie, Krakowie, Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu.

Zadanie zostało zrealizowane dzięki pomocy pracodawcy, Stanisława Cierzniaka, prezesa Fabryki Papieru w Kaczorach: – Krótko mówiąc, opłacał niemałe wpisowe na każdy z biegów. Nie zrobił tego tylko raz, w Poznaniu. Ale nie dlatego, że nie chciał. Po prostu byłem zwolniony z opłaty startowej jako uczestnik wszystkich poprzednich edycji. Jestem mu bardzo wdzięczny za wsparcie – mówi pan Antoni. Dodaje, że pomógł mu również Waldemar Woźniak, właściciel firmy WOKAVIT, który zapewnił znakomite napoje na każdy z biegów.

We wszystkich etapach Antoniemu towarzyszył inny biegacz, Józef Piochacz z Równopola, również pracownik kaczorskiej Fabryki. Jak więc łatwo wydedukować, on także zdobył Koronę w ciągu roku. Biega krócej niż Antoni, bo od siedmiu lat, ale również jest świetny. Bohater tego artykułu miał jeszcze jednego towarzysza, z którym nie rozstawał się od Dębna aż do Poznania: kamerę, za pomocą której filmował swoje wrażenia z maratońskich tras. Bieg z takim balastem utrudniał bicie rekordów życiowych, ale Antoni miał inny cel – przeżyć wspaniałą przygodę i jak najwięcej z niej zapamiętać. Oba postanowienia zrealizował w każdym calu.

Gratulując naszemu koledze samozaparcia i sfinalizowania pomysłu, powróćmy wraz z nim do poszczególnych etapów sięgania po Koronę.

Etap I: 38. Maraton Dębno, 10 kwietnia 2011 roku (czas Antoniego: 4:51:13)

Na zawody wyjechaliśmy w niedzielę rano – relacjonuje maratończyk. – Mieliśmy do pokonania trzy pętle po około 14 kilometrów każda. Jako że były to Mistrzostwa Polski, obowiązywał limit czasowy: 5 godzin. Zresztą moim planem na każdy z maratonów było zmieszczenie się w tym limicie. Nie udało się raz – w upalnym Wrocławiu. Powracając do Dębna, miłym przeżyciem był okrzyk: „Brawo, Antek!”, który, ku mojemu zaskoczeniu, wydała z siebie pewna dziewczynka. Nigdy wcześniej jej nie widziałem! Okazało się, że to strażacy, którzy pilnowali trasy, mieli przy sobie listę zawodników i w ten miły sposób, wraz z osobami towarzyszącymi, imiennie wspierali każdego z nas.


Etap II: 10. Cracovia Maraton, 17 kwietnia 2011 roku – (czas Antoniego: 4:45:59)

To dziwne, ale większym kłopotem niż przebiegnięcie królewskiego dystansu okazało się dotarcie do Krakowa! Polskie koleje nie były dla nas łatwym partnerem do współpracy. Poza tym nie cierpię łażenia z tobołami, a tu na nieszczęście zafundowano nam wszystkie atrakcje na rozległych Błoniach. No i trzeba było łazić. Na mecie sfilmowałem piękną scenę – pewna pani, wyczerpana po zakończeniu zmagań, tak się cieszyła i wzruszyła jednocześnie, że chciała płakać, ale… nie mogła, ponieważ wszystko wypociła na trasie! Kiedy zapytałem ją, jak się biegło, odpowiedziała krótko: „Było bosko!”. A jednak w życiu piękne są tylko chwile…


Etap III: 29. Wrocław Maraton, 11 września 2011 roku (czas Antoniego: 5:12:06)

– Uważam, że ten maraton był najlepiej zorganizowany. Mimo że biegło się najtrudniej, to wspominam go najmilej. Wszędzie było blisko, na dodatek ten wspaniały biały żurek na mecie… I jeszcze fantastyczni mieszkańcy domów przy ulicy Wincentego Pola: byli dla nas jak balsam, każdego, oprócz dobrego słowa, częstowali zbawiennym strumieniem wody lanej z węża. A tego dnia pogoda dała nam w kość – 29 stopni w cieniu i aż 46 przy asfalcie – takie warunki okazały się zbyt trudne dla blisko 250 biegaczy, którzy nie ukończyli dystansu. Mi, na szczęście, się udało.


Etap IV: 33. Maraton Warszawski, 25 września 2011 roku (czas Antoniego: 4:52:48)

W Warszawie było, niestety, zupełnie inaczej. Daleko z Biura Zawodów na start, prysznice jeszcze gdzieś indziej. No i kłopoty z parkingami. A opłata była najwyższa ze wszystkich, bo wynosiła 100 złotych. Sam bieg jak zwykle był wesoły. Na 30. I 40. kilometrze miałem nawet okazję… pograć na afrykańskich bębnach! Na chwilę dołączałem do zespołów motywujących biegaczy. Jakoś dałem sobie radę. Najwyraźniej półroczna nauka gry na takim instrumencie w jednej z pilskich szkół nie poszła na marne.


Etap V: 12. Poznań Maraton, 16 października 2011 roku (czas Antoniego: 4:40:27)

Przenikliwe zimno towarzyszyło od startu do mety. Mały dramat przeżyłem przed rozpoczęciem, bo… popsuła mi się kamera! Żeby uwiecznić choćby część swoich przeżyć, wziąłem aparat fotograficzny, który podała mi żona na rozpoczęciu drugiej i zarazem ostatniej pętli. W Poznaniu ukończyłem wszystkie dotychczasowe maratony, ale ten był szczególny. Na mecie z radością i ulgą mogłem powiedzieć: udało się!


Antoni Kozłowski to bardzo „zakręcony” maratończyk. Nie da się go nie lubić. Jak sam mówi, jest uzależniony od biegania i już teraz wyznaczył sobie kolejny cel do zrealizowania. Jaki? Pewnie niedługo się dowiemy…

Sympatyczny mieszkaniec Krzewiny zaraził pasją do biegania swoich najbliższych. Syn Klaudiusz ukończył tegoroczny maraton w Poznaniu, jest także stałym uczestnikiem powiatowego cyklu „Biegaj z nami”. Ale od taty musi się jeszcze wiele uczyć. Senior rodu lubi opowiadać wierszyk, jaki napisał swego czasu na koszulce jego starszy kolega po fachu, Jan Kopeć ze Szczecina:

„No cóż, jestem już stary,

lecz nie dla mnie ciężarem ten wiek.

Bo w mym sercu wiosna, a ciałem jestem jary.

A to wszystko dał mi sport

i mój serdeczny przyjaciel – BIEG.”

Sto lat, Panie Antoni! Jeszcze raz gratulujemy!