Bronek Malinowski – legenda lekkoatletyki

obrazek_news

Jerzy Skarżyński:

Nie chciałem już być Lubańskim – wolałem iść śladami Bronka Malinowskiego, którego talent właśnie rozbłyskał. To był mój idol! Zacząłem kupować miesięcznik LEKKOATLETYKA i stosując się do ogólnych porad podjąłem – samodzielnie – „trening” biegowy. I tak to się zaczęło…

Zbigniew Król:

„Bronek Malinowski miał swojego trenera Szczepańskiego. Bronek Malinowski był moim kolegą, na paru obozach z nim mieszkałem i on mi dostarczył swoje dzienniczki treningowe, cały jego trening miałem poznany dokładnie. Czasami próbowałem się wzorować, ale ciężko trafić na taki typ jak on, powielanie treningu Bronka na innych najczęściej prowadziło do nie najlepszych wyników. Bo to był za intensywny trening, za mocny, zbyt jednostronny”

Gdyby żył obchodziłby w tym roku 59. urodziny. Prawdopodobnie byłby trenerem, przekazywał młodszym swoje bezcenne doświadczenia i zarażał wolą walki i zwycięstwa

„Bronek Malinowski do dziś uchodzi za jednego z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszego polskiego sportowca. Mistrz i wicemistrz olimpijski, dwukrotny mistrz Europy, dziesięciokrotny mistrz Polski. Po ponad trzydziestu latach żadnemu z naszych biegaczy nie udało się pobić ustanowionych przez niego rekordów Polski: 8:09,11 na 3 km z przeszkodami (1976), 3:55,40 na 1 milę (1976), 7:42,4 na 3 km (1974),  8:17,8 na 2 mile (1974) i 13:17,69  na 5 km.

Był twardy i wymagający – wymagał przede wszystkim od siebie. Na „Jego” dystansie – 3000 m przez płotki – niewiele zależało od szczęścia, prawie wszystko – od ciężkiej pracy, wytrwałości, siły ducha, no i talentu. Tych Mu nie brakowało. Jego mottem życiowym, często powtarzanym i jakże konsekwentnie realizowanym, było: „Trzeba nam zawsze w górę iść, choć nieraz nęka życie, a jeśli w końcu przyjdzie paść, to tylko – paść na szczycie”.”

Mimo, iż ukończył Technikum Samochodowe, nie był fanem motoryzacji; nie czuł się najlepiej w charakterze kierowcy; jeśli musiał usiąść za kierownicą, czynił to z wyraźną niechęcią; jeździł wyjątkowo ostrożnie, nigdy nie przekraczał dozwolonej szybkości. Zginął w wieku 30 lat… w wypadku samochodowym na moście pod Grudziądzem 27 września 1981 roku.

Urodził się 4 czerwca 1951 roku w Nowem. Był jednym z sześciorga dzieci żołnierza, uczestnika bitwy pod Monte Cassino i matki – szkockiej imigrantki. Od dziecka niezwykle pracowity; rodzice, pracownicy Państwowego Gospodarstwa Rolnego nie byli w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb licznego potomstwa. Już jako dziesięciolatek Bronek pomagał przy żniwach, zajmował się robotami w obejściu, opiekował młodszym rodzeństwem. Sportem, lekkoatletyką zajął się za namową o dwa lata starszego brata Roberta – czołowego polskiego juniora w biegu na 3000 m a dzisiaj aktualnego prezydenta Grudziądza. Regularne treningi podjął, będąc uczniem mechanicznej szkoły zawodowej w Grudziądzu. Rodzice nie mieli nic przeciwko lekkoatletycznym pasjom synów, wręcz przeciwnie; uprawianie sportu wykluczało inne, na które podatni byli mieszkający w internacie, a pozbawieni rodzicielskiej kontroli uczniowie, zajęcia. Przez krótko traktowane wyłącznie w kategoriach rekreacyjnych bieganie, z czasem stało się prawdziwą pasją Bronka, tym bardziej, że osiągane rezultaty były nadspodziewanie dobre; treningów nie przerwał po skończeniu zawodówki; sportową karierę kontynuował w grudziądzkiej Olimpii, będąc uczniem technikum, studiując na poznańskiej AWF; tam zamierzał w przyszłości zająć się trenowaniem najmłodszych adeptów lekkoatletyki. 

Pierwszy sukces zanotował podczas biegu o nagrodę Życia Warszawy rozgrywanego w trakcie Memoriału Janusza Kusocińskiego; pierwsze osiągnięcie międzynarodowe – tytuł mistrza Europy juniorów w 1970 r. w Paryżu. 
Mistrzostwa Europy w Helsinkach 1971 – desperacki bieg Bronka, debiutanta na tak ważnych zawodach, który przez długi czas prowadził w biegu na pięć kilometrów, zwrócił na Malinowskiego uwagę sportowego świata. Wprawdzie zwycięstwa nie odniósł – zajął 8 miejsce; był niedoświadczony, narzucił zbyt ostre tempo, ale nazwisko polskiego długodystansowca utrwaliło się w świadomości konkurentów i milionów kibiców przed ekranami telewizorów. 
Najgorszą dla sportowca, bo tuż za podium, 4. lokatą zakończył olimpijski debiut – w Monachium (1972 r.) – w biegu na 3000 m z przeszkodami; jeszcze w roku olimpijskim wyrównał na tym, który stał się jego koronnym, dystansie rekord Europy; zdobył tytuł mistrza kontynentu podczas mistrzostw Europy w Rzymie (1974). Drugie igrzyska Malinowskiego, w Montrealu (1976 r.) i ogromny sukces – srebrny medal olimpijski, za słynnym Szwedem Andersem Gaerderudem. To był pamiętny bieg: prowadzącego przez długi czas Polaka w końcówce wyprzedzili Gaerderud i Baumgartl; niesamowicie wyczerpany biegiem Niemiec upadł na ostatniej przeszkodzie; zamarły miliony przed telewizorami – tuż za Baumgartlem biegł Malinowski, wydawało się, że nie będzie w stanie ominąć leżącego Niemca. Szczęśliwie ominął, ale na dogonienie Szweda zabrakło sił, czasu, metrów… Rachunek z Gaerderudem Bronek wyrównał dwa lata później, podczas mistrzostw Europy w Pradze, gdzie pokonał Szweda, stanął na najwyższym podium.

Równie ekscytujący był bieg podczas igrzysk w Moskwie (1980 r.).

Przed biegiem komentator zapowiadał, że głównym rywalem Polaka będzie Tanzańczyk Filbert Bayi – że wyskoczy do przodu, zdobędzie przewagę, ale proszę się nie przejmować, Bronek ma wszystko wyliczone, jest w świetnej formie, biega jak komputer (w 1980 roku słowo „komputer” to było coś!) i na pewno Filberta dopadnie.

Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami, ale już po chwili dotarło do mnie, że coś jest bardzo nie tak. Filbert, owszem, wyskoczył do przodu, ale zamiast biec kilka metrów przed innymi, zasuwał coraz szybciej i coraz bardziej się oddalał. Na kilka kroków, na 10 metrów, na 20… Ile w końcu miał tej przewagi – nie mam pojęcia – może 40, 50, 60 metrów – pamiętam obrazek, gdy Tanzańczyk zbiegał z prostej, gdy reszta ekipy dopiero na nią wbiegała.

Komentator dalej mówił o równym tempie Bronka i o tym, że nasz zuch wszystko kontroluje, ale nawet on zdawał się dostrzegać, że przewaga jest niebotyczna, a w głos jego wdał się niepokój.

Nie było wtedy międzyczasów i super dokładnych statystyk, szanse można było oceniać na oko – a na oko widać było, że Bronek ma do Filberta strasznie daleko.

Ale na ostatnim kilometrze coś się zaczęło zmieniać. Tanzańczyk biegł wyraźnie wolniej, przeszkody przeskakiwał z widocznym trudem… a Bronek zaczął zasuwać! Przewaga, która na ostatnim okrążeniu wynosiła aż 35 m, topniała, ale ciągle wydawało się, że Bronek ze swoim kontratakiem nie zdąży. Pamiętam, jak komentator krzyczał, że Malinowski musi dogonić Tanzańczyka przed ostatnim rowem z wodą, bo inaczej ten zobaczy metę i złapie ostatni oddech.Wówczas Polak zaczął niesamowity samowity finisz, minął Tanzańczyka z dziecinną wprost łatwością, wręcz znokautował groźnego rywala, na metę wpadł niezagrożony; zdobył dla Polski olimpijskie złoto; jedno z trzech przywiezionych przez naszych reprezentantów z Moskwy. 

Fragment tego biegu możemy obejrzeć w relacji Włodzimierza Szaranowicza:

Bronek był człowiekiem niezwykle pracowitym i zawziętym – w dobrym tego słowa znaczeniu. Będąc już członkiem narodowej reprezentacji, pracował w grudziądzkich wodociągach, uczył się w wieczorowym technikum – po maturze ukończył studia na poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Dosyć? A skądże; angażował się w organizację międzynarodowych zawodów w Grudziądzu; angażował to mało powiedziane. Swoim autorytetem, przyjaźnią z wielkimi lekkoatletycznego świata sprawił, iż do nieznanego bliżej w świecie Grudziądza zjechały gwiazdy najwyższego formatu. 

Nawet po latach przyjaciele wciąż przyjeżdżają, aby uczcić jego pamięć. 1 października 2007 roku w ramach akcji Polska Biega do Grudziądza przyjechał Domingo Ramon. Po raz 26 spotkali się tam przyjaciele, olimpijczycy i znajomi Bronka. Hiszpan, dzisiaj już 50 latek, który sam ma powody do satysfakcji z całkiem dobrej kariery, najczęściej jednak wspomina swojego wielkiego idola Bronka. Hiszpan biegł też w Moskwie podczas Bronkowego show – największego zwycięstwa twardego jak jego szkockie korzenie charakteru nad afrykańską fantazja ponad miarę. Domingo zajął wówczas czwarte miejsce. Ale zapamiętał na całe życie nadzwyczajny upór i kolosalną pracę nad sobą Polaka. – Byłem młodszy, więc chciałem wygrywać tak jak on, mój wzór. Nie udało się, bo Bronek był jeden. Mogę być tylko dumny, że biegłem obok – mówi dzisiaj skromny Hiszpan. W Atenach 25 lat temu, gdy Bronka już nie było wśród żyjących, wraz z medalistami biegu na 3000 metrów z przeszkodami – Ilgiem i Bogusławem Mamińskim – również zostawił na podium mistrzostw Europy kwiaty Bronkowi. 

Nieliczne wolne chwile poświęcał również na działalność społeczną; organizował pieniądze, sam również fundował książeczki mieszkaniowe dla sierot, wychowanków Domu Dziecka. Opiekuńczy wobec innych, wobec siebie niezwykle wymagający, a przy tym skromny; nigdy niczego się nie domagał, nie uważał, że mu się coś należy; najwyższą nagrodą było dla niego samo zwycięstwo. I możliwość przebiegnięcia przed wiwatującą widownią rundy honorowej. 
Objechał niemal cały świat; do zawodów przygotowywał się w Kenii i Meksyku, Font Romeu i Wałczu, Drzonkowie i Grudziądzu, gdzie mieściła się macierzysta Olimpia. W Grudziądzu miał mieszkanie; najchętniej jednak przebywał w Rulewie, miejscowości rodziców; nigdzie indziej – jak uważał – nie było tak pięknych lasów; tam biegał dziesiątki kilometrów z nieodłącznym towarzyszem – owczarkiem niemieckim. 

Zaplanował najbliższą przyszłość:”jeszcze w tym roku start w mistrzostwach Europy w Atenach, wyleczenie kontuzji kolana, nieco odpoczynku”. W grudniu zamierzał się ożenić. Nie zdążył… 

Już w kilka minut po tragicznym zdarzeniu na miejscu wypadku pojawił się Ryszard Szczepański, trener i współtwórca sukcesów Bronisława Malinowskiego; za nim na most podążały tłumy mieszkańców Grudziądza – wielbicieli i przyjaciół Bronka. Niebawem z całego świata zaczęły napływać kondolencyjne telegramy. Minister obrony narodowej polecił, aby w pogrzebie Mistrza wzięła udział kompania honorowa Wojska Polskiego. 

Zakończyła się jedna z najwspanialszych karier polskiego sportu.

Po śmierci został wyróżniony nagrodą Fair Play, medalem za zasługi dla miasta Grudziądza, złotymi kolcami, tytułem Honorowy Mistrz Sportu, Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski. 18 września 1996 roku Rada Miejska w Grudziądzu nadała Bronisławowi Malinowskiemu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Grudziądza. Jego imieniem została nazwana jedna z ulic oraz Szkoła Podstawowa nr 7.”

Foto: supergigant.blox.pl

Tekst: gazeta-dobryznak.pl; wyborcza.pl, grudziadz.pl, zgapa.pl, supergigant.blox.pl