Biegam od stycznia 2015 roku - nieprzerwanie i z ogromnym zacięciem. Jestem absolutną optymistką i przez swoją pasję do życia...

Już rok temu słyszałam, że Bieg Ursynowa to super impreza. Nie od jednej, ale od nawet kilkudziesięciu osób. W sobotę mogłam się o tym przekonać sama.

Ten bieg był moim pierwszym po około 3 tygodniowej przerwie od masowych startów, tak więc byłam ogromnie spragniona całej tej atmosfery, otoczki, która towarzyszy tego typu imprezom, dopingowaniu kibiców i tych wszystkich szalonych ludzi, którzy tak jak ja, chcą zmierzyć się sami ze sobą na trasie.

Nie oznacza to jednak, że 3 tygodnie nie biegałam. Treningi trwały w najlepsze. Jedynie ostatni tydzień odpoczywałam, po prostu nic nie robiłam, ponieważ nabawiłam się lekkiej kontuzji lewego przywodziciela. Starałam się cierpliwie po pracy nie biegać, nie trenować, nie wymyślać, że może rower, basen, że może tylko 5 kilometrów. Dzięki stanowczym upomnieniom mojego Lubego wytrwałam bez treningu ponad tydzień. No i opłacało się, bo noga teraz chodzi jak trzeba. A może nawet lepiej?

(c) Wszystkie prawa zastrzeżone, fot: www.sportografia.pl
fot: www.sportografia.pl

Bieg Ursynowa 2016: relacja

Odbywa się od 10 lat. 5 kilometrowy bieg po Alei Komisji Edukacji Narodowej. Szybki, uliczny start. Super! W tym roku organizatorzy „dołożyli” jeszcze bieg na dystansie 10 kilometrów. I właśnie ten drugi, dłuższy wybrałam. Dlaczego? Mimo, że lubię „piątki” i zmierzyłam się już z dystansem półmaratonu 10 kilometrów to zawsze dla mnie duże wyzwanie, zwłaszcza na zawodach. Moim zdaniem, to już wyższa matematyka. Trzeba odpowiednio rozłożyć swoje siły, zaplanować idealną strategię, aby najlepiej wykonać swój plan. To dystans na którym kilka razy mierzę się z kryzysami, ale także lecę, jak na skrzydłach. Także z przyjemnością postanowiłam ponownie przed sobą wyzwanie przebiegnięcia, jak najlepiej tego dystansu. Oczywiście, nie wymagałam od siebie wiele – powrót po kontuzji. Ten bieg był dla mnie czysto treningowy. A przynajmniej tak myślałam stając na starcie.

Przy trasie biegu pojawiłam się znacznie wcześniej, aby móc kibicować zawodnikom startujących na 5 kilometrów. Niesamowite emocje. Chyba nawet większe niż własny start. Krzyczałam, ba! Darłam się 200 metrów od mety do biegaczy na trasie! Dawałam im swoją moc, której mam ogromne pokłady! „Dajesz! Dajesz! Mocno! Ciśnij! To już ostatnie metry! Jesteśmy najlepsi! To Twoja chwila! Biegnij! Dalej! Mocno!”. Nieziemskim przeżyciem było widzieć, jak doping dodaje im sił, mocy na tych ostatnich metrach. To coś absolutnie genialnego móc dodać im skrzydeł, pomóc w ich sukcesie. W pewnej chwili z moich oczu popłynęły niekontrolowane łzy szczęścia, emocji. Niesamowite. Już mogłam nie biec, byłam szczęśliwa i nie potrzebowałam niczego więcej.

13446255_1210000932368182_1027738809_o

Po wszystkim jednak wyciszyłam się i skupiłam na swoim starcie. Było mi to potrzebne. Na 10 kilometrów biegło mniej ludzi, jednak nadal to pokaźna „chmara” biegaczy. Stanęłam za pacemakerem na czas 52:30. A ponieważ moja życiówka na 10 kilometrów do 53:17 wiedziałam, że ten czas jest w zasięgu ręki. Jeśli się uda na spokojnie to dobiec, super, jeśli nie, drugie super. Nie miałam ciśnienia. Choć głos ambicji w środku krzyczał. To chyba jednak typowe dla biegacza.

Wystartowaliśmy o godzinie 11:30, nie było tłoku na trasie, bardzo dobra wiadomość, ponieważ na pierwszych 500 metrach nie zatrzymywaliśmy się, ani nie zwalnialiśmy. Mogłam od razu wskoczyć w swoje tempo. Pogoda chwilami była łaskawa, było chłodno, niebo zachmurzone. W pewnych chwilach wychodziło jedno słowo i wydaje mi się, że wtedy każdy klął pod nosem. Pierwszy kilometr pokonywaliśmy z wiatrem, kolejne 3 kilometry POD WIATR… Nie pozostało nic innego, jak chowanie się za innym biegaczem, kryjąc się przed hamującym lekko wiatrem. Nie, żartuję, wyszłam temu podłemu wiatrowi naprzeciw. Mocniej pchałam do przodu nogi i pokonywałam go dzielnie.

Mój pierwszy kryzys pojawił się na 4 kilometrze. Jakieś głupie myśli, żebym dała sobie spokój, odpuściła. Zeszła z trasy, że nie zawsze może się udać. Serio? Głowo, o co ci chodzi? Daj spokój, wiele razy biegaliśmy 10 kilometrów, mamy za sobą półmaraton, a Ty mi takie głupoty podpowiadasz? No chyba żart. Zagryzłam zęby, utrzymałam tempo i biegłam dalej. Zakręciliśmy i biegliśmy z wiatrem. Było lepiej i zawsze ta myśl w głowie: już wracamy, byle o mety. Kiedy zbliżaliśmy się do mety uświadomiłam sobie, że to przecież polowa dystansu. Aha. Fajnie. Jeszcze drugie tyle. Świetnie. Kolejny kryzys, ponieważ przede mną była drugą pętla tej samej trasy. Nigdy nie sprawiało mi przyjemności bieganie w kółko, powtarzanie podczas jednego biegu tych samych punktów. To nudne i irytujące. Ale kto powiedział, że będzie lekko? Bieganie to mierzenie się z własnymi słabościami, więc: „ADA! Nie marudź! DO DZIEŁA!”. Po raz drugi pokonałam prostą pod wiatr. Ciało już porządnie rozgrzane, rozruszane nogi, serce. W tej chwili mogłam już przebiec każdy dystans. Na 8 kilometrze obejrzałam się za siebie. Balonik 52:30 jakieś 100 merów za mną, biegniemy raczej równo. Jest super! Te ostatnie 2 kilometry mogę się bardziej postarać, skoro jestem już mocno rozgrzana. To ciśnięcie nie było takie proste, ale dzielnie dobiegłam do mety. Standardowo finiszowałam w swoim stylu, czyli ostatnie 500 włączyłam nitro w nogach i wszystkie siły włożyłam w to, aby „dolecieć” do mety. Nazywam to tak, ponieważ wkładam w to CAŁĄ swoją siłę i przestaję czuć swoje nogi. Uwielbiam to. Kocham. Dzięki temu sprawiam, że finisz jest najlepszym momentem całego biegu. To jest to.

Zatrzymałam zegarek. Życiówka. Poprawiłam swój czas o 14 sekund. Z 53:17 na 52:58. Spojrzałam w niebo i zaczęłam się śmiać z radości, próbując złapać oddech. Doczłapałam się do medali. Zawisł na mojej szyi. Piękny. Mój. No i znowu to szczęście!

13405506_1208621255839483_1994232771_ofot: www.sportografia.pl

Bieg jak najbardziej oceniam na plus. Dobra organizacja. Szybka, prosta trasa. Tylko ta druga pętla, to powtarzanie tej samej trasy. Trochę drażniące psychicznie. Ale dałam radę. Fajna, prosta impreza. Czego chcieć więcej? Fanfarów nie potrzebuję, mam je w sobie po przekroczeniu linii mety.

Dodatkowo jeszcze! Bieg Ursynowa to także Mistrzostwa Polski w biegu ulicznym na 5 kilometrów. Było gorąco, oj było! W tej rywalizacji zwyciężył fenomenalny Szymon Kulka, który pokonał ten dystans w… 13:54 minuty! Rozumiecie to?! Rozumiecie?! Genialny wynik!

I co mogę powiedzieć na zakończenie? „Yes, I KEN! Yes, WE KEN” 🙂

13452943_1210000545701554_891962771_o