Great Scottish Run – Glasgow 5.09.2010

obrazek_news

Wyobraźmy sobie… biegnącego faceta – brawo, ot wyczyn;) Ale teraz facet niech biegnie w spódniczce – oo, a to ciekawe!? Należy dodać, że spódniczka jest kraciasta, ów facet biegnie po trasie na której znajduje się pełno barów z whisky, a na punktach oznaczenia pokonanego dystansu jeszcze inni faceci (oczywiście też w spódniczkach!) konkretnie i żwawo przygrywają na kobzach! I oto mamy Great Run Glasgow, jedną z największych imprez biegowych w Wielkiej Brytanii, a już na pewno w samej tylko Szkocji. Bieg główny to półmaraton. Towarzyszą mu biegi na 10 km, fun run i jeszcze wyścigi dla dzieci. Corocznie wydarzenie kumuluje na starcie łącznie ponad 20 000 osób. Jakby nie patrzeć to już nie przelewki, a dla zwykłego biegacza z Polski, liczba ta brzmi dość mocno. Emocje? Super! Poznański lub warszawski maraton gonią zachód, ale by w pełni poczuć zagraniczny klimat wciąż trzeba sobie wszystko przemnażać, tak razy 2 lub 3:)

Skąd pomysł na start w imprezie? – nieco przydługa historia. Pomijając wszystkie szczegóły związane z kilkukrotnym, szczęśliwym i bardzo udanym pobytem w ojczyźnie potwora z Loch Ness, wspomnę tylko, że coraz tęskniej się robiło za drugim domem, rodzinnie postanowiliśmy więc znaleźć dobry pretekst do powrotu. A skoro bieg wpasował się w urlopowe terminy, nastroje kipiły pozytywnie, a do odwiedzenia pozamiejskich szkockich kątów i starych przyjaciół motywacji nie zbrakło, to polecielimy:)

Minął już ponad miesiąc od wrześniowego biegania w Glasgow, jednak wciąż dobrze pamiętam pełen emocji, dość wąski start. 9000 osób na placu George Squar ruszyło, mając do czynienia z mega wzniesieniem już na samym początku swych zmagań;) A potem już tylko kobzy, interesujące metropolitarne okolice, dzielnice emigrantów, mosty, parki i przedmieścia. Trasa wymagająca, ładna, 1 duża pętla – nie można się było znudzić. A na trasie biegające męskie spódniczki! To chyba jedyne miejsce na świecie gdzie faceci zakładają sportowe buty do kiltów i biegną! Do tego bez majtek! (TAK TO całkowita PRAWDA, hehe!) Sporo też biegających turbanów, bo w Glasgow mieszka pokaźna liczba przybyszy z pokolonialnych obszarów. W sumie mix & mish mash w dobrym biegowym stylu, coś innego i z pewnością przyjemnego:)

Istotna sprawa: tuż po starcie przypomniałem sobie o jednym – biegamy w milach. A to potrafi zgubić skupiony umysł:> Choćby mieć kalkulator w głowie i non stop sobie przeliczać czasy z 1000 m na 1600 m, bo tyle mniej więcej mila ma, można pogubić kroki, stracić ustalony rytm. I choć dystans zdaje się krótszy, bo taki półmaraton ma zaledwie 13 mil! To jednak, karamba! przebieganie ostatnich 3 mil choleeeeernie się przedłuża!

Jak to w dużych biegach bywa bieg w osamotnieniu to niezwykła rzadkość. Nie sposób uciec od innych, nie sposób nie wyprzedzać i nie być wyprzedzanym. Do tego dużo przebierańców. Niemowlaki w becikach, clowny, pszczoły i króliki, spiderman, a nawet rekin ludojad z połkniętym człowiekiem! Tak, kiedyś też się przebiorę – ze szwagrem – za ŻUBRA:)

Powrót do centrum, wrzawa kibiców. Logistyka organizatorów na mecie godna pochwały. Sam bieg to fantastyczna sprawa. Tak radosnego i perfekcyjnie zorganizowanego biegania nie widziałem jeszcze w Polsce. Choć, owszem, owszem, nasze rodzime duże maratony pomału wzbijają się na wyżyny – i tak 3mać!. A jak mi poszło? Biorąc pod uwagę kompletny brak wybiegania (abstynencja treningowa trwająca ok. 3 miesięcy – nie pytać „WHY?” 😉 ) dobiegłem o kilkanaście sekund poniżej założonego, powszechnie szanowanego minimum 2h;) Zatem jak na tzw. start prosto z ulicy to przyzwoicie i tej wersji będę się twardo trzymał;)

Na deser biegu medal, sporo słodkich kalorii, koszulka wg wybranego rozmiaru. Generalnie satysfakcja gwarantowana. Zwłaszcza po machnięciu „whisky zwycięstwa”:] Przy okazji polecam Szkocję na miejsce rodzinnego wypadu – jeśli lubicie poznawać inne kultury, nie potrzebujecie do wypoczynku betonowych hoteli w nadmorskich kurortach, jeśli czujecie się częścią otaczającej Was natury i nigdy nie byliście na brytyjskich wyspach, Szkocja Was nie zawiedzie. Łagodny klimat lowland i poszarpane góry highlands, mnóstwo czystych jezior i łososiowych rzek, domy rozsiane pojedynczo w promieniu kilometrów od najbliższych zabudowań, zamki, destylarnie, klify i wyspy, niezliczone owce i rogato włochate krowy – to wszystko w tajemniczych mgłach, deszczach i zapachach wrzosowisk. Pojechać, doświadczyć, a może też i coś przebiec – zdecydowanie warto.

Strona biegu:

http://www.runglasgow.org/GSR-2010

Foto:

Ra&Ka Brzezińscy

www.thesun.co.uk