Koniec karnawału, czyli biegowe ostatki

Definitywny koniec karnawału już dzisiaj. Od jutra czas na wystopowanie, wyciszenie, czas na Post, ten Wielki. A że dzisiaj ostatki, więc i ja postanowiłem się … zabawić. Ot taka tam zabawa biegowa – 27,5 km. Oczywiście „taka tam”, to żart, bo w tym roku jeszcze takiego dystansu na raz nie robiłem. Kiedyś jednak trzeba zacząć poważne bieganie, bo maratony, bo Rzeźnik i kultowa dla mnie Pielgrzymka biegowa do Częstochowy coraz bliżej. Po wczorajszym lodowym balecie, dzisiaj był czas na bieganie po asfalcie, niestety. Niestety, bo nie lubię tuptania po tego rodzaju nawierzchni. Nie ma to jak crossik po lesie. Pogoda mnie trochę nabrała. Miało być nieco na plusie, a tu śnieżek popadywał, wiaterek wiał i mały mróz dał znać. Ten dzisiejszy bieg, to był dobry trening dla mojej… głowy. To z nią zwykle mam największe problemy podczas maratonów. To jej najszybciej nie chce się biegać. Dzisiejsze samotne prawie 2,5 godziny – cudowne. Na trasie niewiele się działo. Przejechało kilka samochodów, kilka ptaszków zerwało się z pobliskich krzaków i tylko leśnicy ciężko pracowali oczyszczając las. A noga dzisiaj podawała nieźle, a nawet bardzo dobrze. Podsumowując, jestem bardzo zadowolony. A jutro, tak jak wyżej pisałem, czas na ładowanie akumulatorów duchowych. Jutro nie biegam. Ale po środzie jest czwartek. A we czwartek… We czwartek znowu się ruszę…