Koszalińskie półściemnianie

Ale życiówkę nabiegłem w Koszalinie: 43:19!!! Teraz tyle wynosi mój rekord na dystansie półmaratonu. No cóż, się trenuje, to się ma, hehe. Lata wyrzeczeń, kilometry treningów, hektolitry wylanego potu i efekty przyszły, musiały przyjść. Taka życiówka!!! Nie wierzycie? Proszę sprawdzić w wynikach Nocnej Półściemy. Zacząłem zawody o 2:19, skończyłem 2:43:38. Rekord, jak w łeb strzelił. Taki wynik możliwy był tylko dzisiaj. Zapewne spróbuję go poprawić dopiero za rok. Wcześniej nie uda mi się. Nie ma takich możliwości.
Początek nocnego ściemniania był już o 22:00. Postanowiliśmy pościemniać we trzech: Bartosz, Jacek i ja. O dziesiątej wieczorem ruszyliśmy w daleką drogę na północ. Mgła, mgła była jedyną przeszkodą, która mogła pokrzyżować nam plany. A plany mieliśmy bardzo ambitne: poprawić życiówki gdzieś o około godzinę. Szalony pomysł? Okazało się, że nie. Koszalin o północy był mglisty i zimny, ale nikt nie obiecał, że o tej porze będzie świeciło słońce i będzie cieplej. Odebraliśmy pakieciki startowe (bardzo ciekawe oryginalne numery startowe) i wróciliśmy do bazy, czyli samochodu na chwile medytacji. Oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Tak na chwilę. 1:12 – czas na przygotowania bezpośrednie, czyli kierunek szatnia. Jak się ubrać? Odwieczny dylemat biegacza (przynajmniej mój). Byle nie za ciepło, bo odczuję to bardzo szybko na trasie. Chłód na dworze też nie zachęcał do krótkich spodenek i koszulki. Wybraliśmy wariant pośredni: spodnie 3/4 i długi rękaw. Okazało się, że była to bardzo trafna decyzja. Jeszcze chwila i start, ale najpierw krótka, acz intensywna rozgrzewka. Tak, żeby coś nie strzyknęło, nie naciągnęło się, a tak naprawdę, żeby było odrobinę cieplej. Jeszcze spojrzenie na niebo. Widać gwiazdy, a to zwiastuje chłód. Wniosek jest jeden – trzeba będzie zasuwać, żeby nie zmarznąć. Na starcie spotykam wielu znajomych ściemniaczy, ot takich wariatów, którzy nie mogą spać po nocach i którym tez marzy się nowa życiówka, a nawet rekord świata; brygada z Tucholi, czyli Stasiu, Leszek i wielu innych. Ściemniacze i i półściemniacze, maratończycy i półmaratończycy. Końcowe odliczanie i ruszamy. I wcale nie jak lokomotywa z wiersza Jana Brzechwy: najpierw powoli, jak żółw, ociężale, ale od razu rozwijamy żagle i rura, do przodu. Przed nami cztery kółeczka po koszalińskich ulicach. Nie wiedziałem, że Koszalin jest taki pofałdowany. Biegniemy: w górę i w dół, w górę i w dół. Odcinki w ciemności (dobrze, że niektórzy mieli czołówki) i rozświetlone. Bartosz dawno uciekł nam do przodu, a my: Jaco i ja, staramy się biegnąć jednym silnym tempem i udaje się. Myślałem, że ulice będą puste, bo normalni ludzie śpią o tej porze, a tu zdziwienie; „kibice” na trasie. Dopingują, tylko jakoś dziwnie, inaczej niż zwykle. Wypowiadają wiele podobnych słów, z których wypada powtórzyć tylko … spójniki. Reszta nie przeszłaby cenzury. Młodzież się bawi, młodzież wraca z imprez, a tu zdziwko: jacyś ludzie … biegają!!! Biegają o drugiej w nocy!!! Wariaci!!! Biegamy, biegniemy dalej… Drugie kółko za nami, trzecie … prawie w tym samym tempie. Skłamałbym, gdybym powiedział, ze wszystko idzie z płatka. Nie nie idzie, nie szło. Zaczął buntować się mój żołądek. Dawał znaki, ba krzyczał:druga w nocy, to nie jest czas na takie wygłupy. Pogadaliśmy sobie trochę i pozwolił mi dokończyć bieg, ale jeszcze teraz jest obrażony na mnie i daje mi znać, że to nie było to, co lubi. Zaczęliśmy ostatnie kółko, ostatnie 5 kilometrów z małym okładem i już wiedzieliśmy, że życióweczka będzie piękna. Jeszcze tylko 300 metrów po bieżni i jest!!! Meta i czas, który w pełni mnie satysfakcjonuje. No i oczywiście ładny oryginalny medal. Inny, niż dotychczas dostawałem, z gliny i na sznurku od snopowiązałki. Ha, dobry, ciekawy pomysł. A potem szybka toaleta, prysznic, jedzonko i … czekamy na zakończenie zawodów. Kilka godzin do zakończenia, więc poszliśmy na przerwaną medytację. Tym razem trwała ona kilka godzin. O 7:30 uroczyste zakończenie nocnego ściemniania. Ale nas dużo biegło. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, wszyscy mamy nowe rekordy, których przez rok nikt nie poprawi. Mamy „rekord świata” w maratonie!!! Szkoda tylko, że nic nie wylosowałem (znowu). Tylko Jackowi z naszej ekipy się poszczęściło i wylosował pakiecik sponsorski. Może następnym razem? Noc udana, poranek też. Droga powrotna bezpieczna. Trochę pogadaliśmy o przyszłości, oczywiście biegowej. Gdzie, kiedy teraz? A w domu czeka trzecia część medytacji, już dwa razy przerwanej. To było dobre ściemnianie tej nocy.