Latający Olęder? A co to takiego?

Latający Olęder? A co to takiego?

obrazek_news

Miała Warszawa swój Orlen Maraton, miał Londyn swój Virgin Maraton, miała też swój maraton malutka Boruja Kościelna. I nie było tam wielkich nagród, nie było Kenijczyków, Etiopczyków i innych szybkonogich wirtuozów biegania. Byli za to pasjonaci biegów po pięknych terenach, po lasach i polach. Był Olęderski Festiwal Biegowy i Latający Olęder – I Maraton Crossowy.

A właściwie gdzie ta Boruja jest, zastanawiałem się jakiś czas temu. I dlaczego Latający Olęder? Do tej pory Latający Holender kojarzył mi się z oceanami i światem korsarzy, a tu Latający Olęder w jakiejś tam Borui Kościelnej. Trzeba było zajrzeć tu i tam i zaspokoić swoją ciekawość. Okazało się, że nazwa ma sens. Okolice Nowego Tomyśla, bo Boruja Kościelna leży w okolicach tego wielkopolskiego miasta, jest związana z osadnictwem olęderskim z XVII-XVIII wieku. Czyżby więc chodziło o … Holendrów w Polsce? Otóż nie. Nazwa „osadnictwo olęderskie” (holenderskie) nie oznacza obecnie narodowości osadników, a jedynie podstawowe zasady prawne osadnictwa przypominające te, którym podlegali koloniści holenderscy w średniowieczu (więcej o osadnictwie olęderskim na stronie: http://olederskieosadnictwo.nowytomysl.pl/).

Zapowiadała się ciekawa impreza w ciekawym miejscu, więc czemu nie? Postanowiłem pobiec sobie Latającego Olędra. Okazało się, że ten sam pomysł miał Jacek, z którym pobiegniemy Rzeźnika i wałeckie tuzy ultramaratonów, czyli Irenka i Mirek Lasotowie. Termin również idealny, bo docelowy start coraz bliżej. Umówiliśmy się więc, dogadaliśmy i zostało tylko czekać na start.

Do malowniczej Borui ruszyliśmy wcześnie. Droga, jak zwykle, minęła szybko i przyjemnie. Temat rozmowy? Oczywiście – bieganie. Mirek i Ireczka po raz kolejny, opowiedzieli nam o swoich startach, kolejnych startach, bo książki mogliby pisać o swojej pasji, tyle ich było. Na miejscu byliśmy sporo przed godziną zero. Pogoda sprzyjała, bo i słoneczko i lekki wiaterek. Trasa crossowa, wymagająca, przypominająca nieco te ścieżki, które tak często pokonuję na treningu. Moje ADHD? Jakoś wyciszyło się. Chyba dlatego, ze nie miałem jakiś wielkich planów. Ot, byle do mety. Wizytę w szatni odkładaliśmy na ostatnią chwilę, rozgrzewkę jeszcze dalej. W końcu nie zamierzaliśmy szaleć na trasie. Koniec końcem dokonaliśmy i tych niezbędnych czynności i dołączyliśmy do innych, prawie trzystu zawodników, którzy w perspektywie mieli półmaraton (większość) lub maraton (zdecydowana mniejszość).

Ale oto wybiła 11:00 i ruszyliśmy. Spokojnie, a według Jacka za spokojnie, bo podkręcił tempo. Zaraz dołączył do nas Mirek i pogoniliśmy niczym mustangi na prerii. Kilometr za kilometrem, kolejny lekki podbieg, kolejna leśna ścieżka lub polna droga. A tempo? Szybko, tak szybko jak w Pradze, kiedy zrobiłem „życiówkę”. I już zaczęło kiełkować pod moją przerzedzoną czupryną: a może się uda coś w okolicach wyniku z Pragi? Oj, naiwny byłem, naiwny … Mirek, wytrawny maratończyk, co chwilę zaczepiał piękniejszą część stawki. W końcu dla Mirka maraton, to pryszcz. A co z moim bieganiem? Zacząłem gasnąć gdzieś około 17km. Jeszcze chciało mi się biegnąć, ale już nie tak szybko. Jacek z Mirkiem zaczęli znikać gdzieś za horyzontem niczym Latający Holender. Nie chciałem ich gonić, nie miałem i szans i ochoty i siły. Pod koniec pierwszej pętli zaświtało mi, że lepiej zejdę sobie z trasy. Półmaraton zaliczę. Maraton pobiegnę w Krakowie. Na szczęście przeszło mi tuż za metą i ruszyłem na drugie kółko. No bo w końcu co to za biegacz, który się poddaje. Boli? Ciężko? Trzeba oswoić się z bólem i ruszać dalej. Czasami tak trzeba i tyle. To drugie kółko było walką. Walczyłem z pogodą, bo zrobiło się ciepło i dość silnie wiało. Walczyłem ze swoją niemocą. Kilometr za kilometrem, od wodopoju do wodopoju. W końcu udało się dobiec, ukończyć kolejny maraton. Na mecie, od kilkunastu minut odpoczywali już sobie Jacek i Mirek. Czekaliśmy już tylko na Ireczkę, która w dobrej kondycji i ukończyła swój kolejny maraton jakiś czas po mnie. W sumie z królewskim dystansem zmierzyło się 48 osób. Mało? Może i tak. Warto jednak było. Dlaczego? Piękna trasa, dobra organizacja, jeszcze lepsza atmosfera, wspaniali ludzie. Czy jeszcze tu pobiegnę? Zapewne tak, tym bardziej, ze jest to pierwszy maraton z cyklu 6 imprez biegowych organizowanych co roku na innej trasie, o nawierzchni gruntowej. Każda z imprez będzie miała swój niepowtarzalny medal z motywem charakterystycznym dla danej trasy. W tym roku był to wiatrak.

Wojtek Krajewski