Maraton z liściem w tle

obrazek_news

To był debiut z wysokiego C. Kto nie był, niech już rezerwuje czas na kolejną edycję Maratonu Bieszczadzkiego.

Maraton Bieszczadzki to „młodszy brat” słynnego Biegu Rzeźnika. Zorganizowała go ta sama ekipa, w tych samych górach, częściowo po tej samej trasie. Inna była pora roku, inny dystans, inny profil trudności trasy. W Wetlinie pojawili się zarówno biegacze zaprawieni w górskim bieganiu, jak i debiutanci, którzy Bieszczady (i w ogóle góry) dopiero poznawali. 

Sam bieg połączył najlepsze cechy biegu górskiego z płaskim, asfaltowym maratonem. Z jednej strony świetnie oznaczony był każdy kilometr trasy (co nie zawsze jest oczywiste w klasycznych imprezach), a z drugiej strony nie do końca udało się ustalić, jaką dokładnie trasa miała długość 🙂 Nawierzchnia przez ponad pół dystansu była twarda (asfalt lub utwardzona droga), ale pozostała część wiodła wymagającymi górskimi szlakami, m.in. przez Okrąglik, Dziurkowiec i Paportną. Wreszcie punktów z wodą i bufetów było tyle, że uczestnicy biegu w zasadzie mogli nie zabierać ze sobą plecaków z bukłakami na wodę – niezbędnych podczas innych górskich imprez.  

Te niejednoznaczności spowodowały, że uczestnicy musieli sami odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań, nie tylko o plecak z bukłakiem. Zabierać ze sobą kijki, czy nie zabierać? Jak się ubrać? (Weekend był wprawdzie ciepły i słoneczny, ale w niedzielny poranek niebo było nieco zachmurzone, a w górach widać było mgłę). No i pytanie najistotniejsze: jakie ubrać buty, na asfalt czy trailowe?

Organizatorzy gorąco rekomendowali to drugie rozwiązanie i przestrzegali przed trudnymi warunkami w terenowej części trasy. – Gruba warstwa liści przykrywa korzenie i luźne kamienie, jeśli dodatkowo popada i zrobi się ślisko, to może być bardzo niebezpiecznie – przestrzegał podczas odprawy ambasador Maratonu Bieszczadzkiego Jacek Gardener. Uczestnicy wzięli sobie do serca jego słowa, bo obyło się bez poważnych wypadków. Ale czujnym rzeczywiście trzeba było być, o czym przekonał się piszący te słowa, który w pewnym momencie „dostał z liścia w twarz i padł” (a więc przewrócił się, bo stracił na moment koncentrację podczas zbiegania z góry po tym, jak spadający z drzewa gruby liść trafił go dokłądnie między oczy). Na szczęście bez konsekwencji 🙂

Pokonanie tej niespełna 50-km trasy zajęło najlepszym niewiele ponad 3,5 h – Bartosz Gorczyca prawie do samej mety musiał bronić się przed atakami Artura Jabłońskiego. Najlepsza wśród pań była Agnieszka Łęcka, a ogółem Maraton Bieszczadzki ukończyło 227 osób (wyniki dostępne są tu).

Poniżej przedstawiamy krótką fotorelację z imprezy.

Maraton Bieszczadzki odbywał się w tym samym terminie, co Poznań Maraton. Kiedy tysiące osób odwiedzało obiekty Międzynarodowych Targów Poznańskich, dla kilkuset innych najważniejszym miejscem na ziemi była remiza OSP w Wetlinie – siedziba biura zawodów, miejsce startu i mety MB 🙂

Na starcie widziano Grzegorza „Wasyla” Grabowskiego 🙂

Ruszyli!

Na kilkanaście minut uczestnicy Maratonu zdezorganizowali ruch na Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej…

…potem jednak trasa wiodła mniej uczęszczanymi drogami

To już końcówka asfaltu – w drodze na Przełęcz nad Roztokami

Zorganizowana grupa kibiców na podejściu pod Okrąglik

W górnej części trasy mgła była bardzo gęsta – widzialność sięgała kilkudziesięciu metrów 

Do mety „trochę” więcej, niż 200 metrów…

I po wszystkim – uczestnicy Maratonu Bieszczadzkiego podczas ceremonii zakończenia

Maraton Bieszczadzki przeszedł do historii, a konkretnie – jego pierwsza odsłona. Za rok powtórka i już radzimy rezerować sobie termin w październiku. Jest szansa, że uczestnicy znów stworzą świetną atmosferę, a całkiem prawdopodobne, że organizatorzy znów staną na wysokości zadania. Za to NA PEWNO piękne będą Bieszczady. Bo one zawsze są piękne jesienią 🙂

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Piech

Portal 4run.pl był jednym z patronów medialnych Maratonu Bieszczadzkiego