Biegam od stycznia 2015 roku - nieprzerwanie i z ogromnym zacięciem. Jestem absolutną optymistką i przez swoją pasję do życia...

Ciechanów. To miasto, w którym się urodziłam, w którym dorastałam. Spędziłam tam 18 lat swojego życia. Zdążyłam przez ten czas powiedzieć, że chcę z niego jak najszybciej uciec. To raczej lekkomyślne, młodzieńcze deklaracje przez które przechodził każdy z nas.

Zawsze czekałam na chwilę, w której wyjadę na studia do Warszawy. Teraz skończyłam studia licencjackie. Pracuję na pełen etat. Rozpoczęłam studia magisterskie. I powiem Wam, że tęsknię za ciechanowskim życiem jak cholera. To prawda, że dopiero, kiedy się coś straci to się to docenia. Kiedy przyjeżdżam do Ciechanowa zwalniam tempo życia. Odpoczywam. Wchodzę w inny wymiar. Jest mi tu po prostu dobrze. Z rodziną. I choć moim żywiołem jest praca, rozwój i jeszcze raz praca to kocham wracać do Ciechanowa i zapominać o tym, co mam w Warszawie.

Na pewno Ciechanów jest teraz zupełnie innym miastem. Nadal jest wolniejszy od Warszawy, spokojniejszy i małomiasteczkowy z „charakteru”. Jednak dużo się w nim zmienia na lepsze, chociażby w organizacji wielu imprez integracyjnych dla mieszkańców – koncertów, zawodów, pikników, kiermaszów, wystaw etc., etc.

Ciechanowskie Święto Biegania

W czerwcowy weekend 2016 odbyły się Dni Ciechanowa. Towarzyszyło im Ciechanowskie Święto Biegania. Biegi na 5km, 10km i dystans półmaratonu, czyli 21km 97,5m. W kwietniu tego roku pokonałam swój pierwszy półmaraton. Oczywiste dla mnie było, że w Ciechanowie muszę pobiec. Piątkę? Dziesiątkę? No przecież oczywiście, że półmaraton! W moim rodzinnym mieście. Dla babci, którą kocham najbardziej na świecie i tak wiele jej zawdzięczam. Dla mamy. Dla taty. I dla mojego ukochanego, Karola. Szybko zrodził się pomysł pokonania dystansu w koszulce z napisem „Biegnę dla najlepszej babci na świecie!”, bo kocham ją najbardziej na świecie i jest najwspanialszym człowiekiem, który jest na tej ziemi. Nie mogłam jednak pozwolić, aby reszta najbliższych mi ludzi była zasmucona. Z tyłu koszulki pojawili się rodzice i mój Karol. Czyli szykował się bieg dla najbliższych mojemu sercu ludzi. Półmaraton w rodzinnym mieście dla babci, mamy, taty i mojego wybranka serca. Czy może być coś lepszego?13556068_1223150917719850_1738617381_o

Emocje rosły we mnie z każdym dniem, który zbliżał mnie do historycznego dla mnie startu. Kiedy rozpoczął się tydzień, w którym miał odbyć się bieg, każdego ranka budziłam się z uśmiechem na twarzy i uczuciem niedoczekania się soboty. Czekałam na to, jak dziecko. Bo najbardziej na świecie kocham coś dawać ludziom, których kocham. To dla mnie największy prezent.

Przyjechałam do domu w piątek późnym wieczorem. Babcia już spała, ale obudziłam ją, bo wiedziałam, że jestem jej największą radością i będzie lepiej spała wiedząc, że jestem w pokoju obok i że rano trzeba zrobić kakao. Pokazałam babci koszulkę na jutrzejsze zawody. Zaniemówiła. Ręce, które zawsze jej się trzęsą od choroby, trzęsły się jeszcze bardziej. Z jej oczu popłynęły łzy. Na pewno radości. Tak mało mogę dla niej zrobić, najchętniej oddałabym jej moje zdrowie, a że mam świadomość, że małe gesty mają wielką moc, zrobiłam tę koszulkę. Babcia zasnęła szczęśliwa. Ja też. W domu.

Sobota. Dzień startu. Na dworze mamy niewyobrażalny upał. Praktycznie nie da się żyć. Dobrze, że startujemy dopiero o 19. Pakiet odebrałam około południa. Jego zawartość – dobra. Jak na 40zł? Ja generalnie byłam zaskoczona. Pozytywnie! Nie spodziewałam się, że będzie taka fajna koszulka termoaktywna. Że w ogóle będzie koszulka. Spoko, myślałam, że tylko numer i już. A tu zaskoczenie. Oczywiście pełno bezwartościowych ulotek do kosza, ale to nieistotne. Pierwsze miłe zaskoczenie organizacyjne. Biuro zawodów na błoniach Zamku Książąt Mazowieckich, bardzo profesjonalne, sprawne i sympatyczne. Humor wskoczył na jeszcze lepszy poziom!

13549312_1223154867719455_948795720_o

Start przesunięty na 19

Nie sposób nie wspomnieć o tym, że start początkowo zaplanowany był na godzinę 16. Jednak ze względu na mecz Polaków ze Szwajcarami o ćwierćfinał EURO 2016 został przesunięty. No i dobra! Przy okazji do godziny 19 uspokoiła się LEKKO pogoda. Mecz oglądałam już gotowa na start. Nie muszę Wam pisać, jak pozytywnie napędziła mnie do startu dodatkowo nasza kadra – mecz, dogrywka i przedzawałowe karne sprawiły, że trasę półmaratonu chciało się przelecieć! To będzie genialny start!

Z mamą i Beatą, naszą przyjaciółką, dzięki której mój talent pisarski rozwijałam od wielu lat, pojawiłyśmy się „pod Zamkiem” już 30 minut przed startem. Chciałam się na spokojnie rozpatrzeć, rozgrzać. Przy naszym boku za chwilę pojawił się Pan Tomek – tata mojego ukochanego, Karola, który tego dnia zdawał egzaminy na studiach i nie mogło go ze mną być. Było zastępstwo! Wraz z rowerem i plecakiem z 5 litrami wody stawił się na posterunku! Tak, słusznie się domyślacie – Pan Tomek był moją wodzianką na trasie Półmaratonu Ciechanowskiego. Jechał obok mnie od startu do mety ratując wodą do picia, a przede wszystkim do polania sobie nią głosy i całego ciała, które rozgrzewało mocno słońce, temperatura, a najbardziej wysiłek fizyczny.

30 minut nerwówki

Cóż, dwie negatywne niespodzianki nastąpiły tuż przed startem. My, zawodnicy czekaliśmy przed linią startu 30 minut, gdyż start został opóźniony. Nie było to przyjemne, ponieważ temperatura naprawdę męczyła, nawet o tak późnej porze, uwierzcie. Następnie dostaliśmy informację, że dystans 10 kilometrów i półmaratoński startują razem, jednocześnie. Aha, serio? No cóż, mówi się trudno. Ale wystartujmy już!

13599689_1223150904386518_935660024_n

Ruszyliśmy na trasę, razem z Prezydentem Ciechanowa, Krzysztofem Kosińskim, któremu podbiegłam przybić piątkę mocy w trakcie biegu. Pozytywne emocje przede wszystkim! Wiedziałam, że ten półmaraton nie będzie żadną walką o czas. Jasne, lubię pobijać swoje czasy, robić życiówki, ale nie to było dla mnie najważniejsze. To długi dystans, nie miałam ochoty przecenić swoich możliwości, spotkać się na trasie z tak zwaną „ścianą”, ani po prostu się męczyć mocno na trasie, źle się czuć. Chciałam przebiec mój domowy półmaraton. Nadal trudny dla mnie dystans. Chciałam się cieszyć i pokonywać się siebie. Biegłam dla rodziny, a nie dla głupiego czasu.

Pierwsze 8 kilometrów półmaratonu

Pierwsze 8 kilometrów było dość ciężkich, ponieważ paliło słońce. Mój system nawadniający pod postacią Pana Tomka spisywał się genialnie. Już wtedy wiedziałam, że właśnie on uratuje mi życie na trasie. Biegłam. I biegłam. I biegłam. Na poboczach stało sporo ludzi, którzy uśmiechali się do nas, klaskali, dopingowali. Coś pięknego. Co jakiś czas widziałam znajomą twarz i wołałam. Wszyscy weseli, zaskoczeni, dodawali sił. Kocham kibiców.

Organizacja Półmaratonu w Ciechanowie

Już z tego miejsca chcę pochwalić organizację biegu. Moim zdaniem to, jak zadbaliście o biegaczy jest fenomenalne! To temperatura była naszym największym wrogiem, a na trasie co 5 kilometrów były kurtyny wodne, była woda i izotonik do picia, banany i pomarańcze do jedzenia, worki z wodą, którą można było sobie wylać na głowę oraz mokre gąbki, które z przyjemnością wyciskało się z zimnej wody na głowę. Biegam już od ponad roku w zawodach ulicznych i pierwszy raz poczułam się na trasie naprawdę dopieszczona. Wspaniale!

10 kilometr. Przebiegłam przez pomiar czasu. Niestety, bramka nie piknęła. A wszystkim dawała znać, że ją przekroczyli. Wiedziałam, że to oznacza, że mój czip jest uszkodzony i nie będę w klasyfikacji open zawodników półmaratonu. Szkoda… Nie jest to jednak najważniejsze, biegnę dalej! Wybiegliśmy już z Ciechanowa i przemierzamy jego obrzeża. Piękne, wiejskie tereny. Oglądamy zachodzące słońce tuż nad dalekim lasem, polami i pojedynczymi, małymi domkami. Ludzie wychodzą i kibicują nam. To naprawdę wspaniałe uczucie. Wiesz, że robisz coś absolutnie nieziemskiego. Że to Twoja decyzja, że to Twoja droga życiowa. Jestem szczęśliwa.

Za połówką

Na jakimś 13. Kilometrze nadal mam stabilne tempo 5:40. I chciałabym w tym momencie ucieszyć się na maksa niecenzuralnie! jak na ten etap biegu to super tempo. W życiu bym się go nie spodziewało. Cały czas biegłam, wielu ludzi wyprzedziłam. Nie męczyłam się, biegłam spokojnie, głowę chłodziłam wodą z plecaka Pana Tomka. Po prostu biegłam. I czułam, że mogę tak biec jeszcze i 100 kilometrów. Wydawać by się mogło, że 15 kilometr to już jedyne 6 kilometrów to mety, czyli około 30 minut biegu. Co raz większe emocje, włączenie rezerw na szybsze tempo. Nic bardziej mylnego. Po 15 kilometrze pojawiły się dwa poważne problemy. Każdy krok to potężny ból u dolnej podstawy kolan. Hop, hop. Hop, hop. Z każdym krokiem ból. Starałam się o tym nie myśleć, zając czymś głowę, po prosiłam Pana Tomka, żeby mi coś opowiadał, ale mało co mi to pomogło. Wiedziałam, że ból kolan będzie towarzyszył mi już do mety. Tak to bywa z tym długim bieganiem po asfalcie. Na domiar tego za chwilę poczułam, że obudziły się moje jelita. Mokra, zimna koszulka dotykająca co chwilę brzucha potęgowała ich niepokój. To chyba gorsze od bólu kolan. Bitwa w głowie „Jeśli będę musiała to zejdę na chwilę”, „Nie, chcę dobiec w biegu ciągłym!”. Było ciężko, zaczęłam skracać krok, zmniejszać tempo, teraz zajmowałam się kolanami i jelitami. Ale biegłam. Oszukam organizm. Wszystko jest w głowie. Dam radę. DAM RADĘ!

Kilometr do mety

Zegarek piknął 20 kilometrów. Kojarzę teren. Wiem, gdzie jestem. To już tylko lekko ponad kilometr do mety. Czyli prawie nic, nic w porównaniu do 20 kilometrów, które już pokonałam! Ada, jesteś absolutnie najlepsza. Na mecie czeka na Ciebie mama. W domu wyczekuje niecierpliwie babcia. Karol czeka na telefon. Wiem, że za zakrętem zobaczę metę. Wtedy zapomnę o kolanach i jelitach. Nic się nie dzieje, jest cudownie. Zaczynam głośno nabierać powietrza, ponieważ kurczy mi się gardło z emocji, powstrzymuje płacz, którym zaczynam się dławić. I dlatego, że kończę właśnie półmaraton. I dlatego, że to Ciechanów i że na mecie czeka moja rodzina! Nie pozostało mi nic innego, jak na ostatnich metrach rozpędzić się, włożyć w swoje nogi ostatnie siły. Biegłam szybko. Finisz w moim stylu. Lecę na metę. Z całych sił. Starałam się po bokach namierzyć mamę, ale nie widzę jej. Gdzieś z boku słyszę: „Zobacz, jak leci!”, wiem, że to o mnie. Meta. Przebiegłam ją. Pokonałam Półmaraton Ciechanowski.

13575611_1223150874386521_1215749172_o

A może pobiec dalej…

Byłam tak rozpędzona, że żeby wyhamować musiałam przebiec jeszcze kilka metrów. Ominęłam dziewczyny z medalami. Nie spieszyło mi się do niego, najwyżej wrócę. Twarz wykrzywiła mi się w płaczu, z emocji, ale tych dobrych. Mam trudność ze złapaniem oddechu. Chowam twarz w rękach, płaczę. Widzę, że patrzą się na mnie ludzie. Odwracam się, biegnie do mnie mama z Beatą. Człap, człap, pokonuje ostatnie kroki i wpadam w ramiona mamy. Wiszę na niej, słyszę tylko pytanie, czy coś się stało, czy płaczę ze szczęścia. Ze szczęścia. Jezu, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na tej ziemi.

13509860_1223150851053190_1881055614_o

Myślę, że sprawiłam mamie tym biegiem ogromny prezent. Tym, że mogła w nim ze mną uczestniczyć. Przed i po. I to jest dla mnie największą radością, to, że mogłam przekroczyć dla niej linię mety po pokonaniu dystansu półmaratonu. Żeby mogła mnie przytulać na oczach wszystkich z dumą myśląc: „To moja córka”. Jak ja ją kocham.

13588860_1223150891053186_215567711_o

Do domu wróciłam w euforycznym niedowierzaniu, że zrobiłam to. Babcia leżała już w łóżku, ale dzielnie czekała. Z radością patrzyła na mnie, kiedy weszłam do pokoju z medalem na szyi, ale kiedy zauważyła zmęczoną twarz, sztywne kroki i poczuła mokrą koszulkę nie liczyło się dla niej moje osiągnięcie tylko to, żebym odpoczęła i przebrała się w suche rzeczy. Liczyłam się ja. Cała babcia. Była dumna i szczęśliwa, że ma taką wnuczkę. Że zrobiłam to dla niej sama z siebie, bo przecież nie musiałam. A jej radość na twarzy i w oczach była największą nagrodą dla mnie. Bo jest najwspanialszym człowiekiem, jaki stąpa po tej ziemi.

13549070_1223150847719857_198249660_o