Startuje w triathlonie i biegach ekstremalnych. Od najmłodszych lat związany z dziennikarstwem i sportem. Studiował Dziennikarstwo spec. foto na UW,...
Po raz pierwszy biegowe piekło rozegrało się pod osłoną nocy. Warunki mocno zimowe jak na pełnię lata. Wróciliśmy z Nocnego Runmageddonu, czy było ciężko? Część 1

fot. Kasia Wójcik 4RUN

4RUN Team startował już w dziennych edycjach Runmageddonu w całej Polsce. Kiedy dowiedzieliśmy się, że po raz pierwszy odbędzie się nocna edycja piekielnego biegu, którego patronem jesteśmy, nie mogliśmy jej przegapić. Startowaliśmy pod osłoną nocy, serie ruszały na 6 kilometrową trasę „Rekruta” co 30 minut. Nasza o 23.30. Zakładaliśmy letnie temperatury a przywitało nas 9 stopni. Długa rozgrzewka nieco nas rozgrzała, zjazd był dopiero po przekroczeniu linii mety. I nawet koce termiczne zapewnione przez organizatora nie uratowały nas przed drgawkami zafundowanymi przez kontener z lodem znajdujący się tuż przed linią mety.

Przygotowania przed startem: wszystko w myśl hasła „Run Happy!”

Jeszcze w czystej wersji, przed rozgrzewką

Gryzący dym, mgła wojny, która towrzyszy każdemu startowi. Podnosi adrenalinę

Nie wystarczy wciągnąć go na górę. Trzeba jeszcze uważać żeby później samemu na nią nie wjechać

Kontener z lodem. Miejsce w którym przy życiu trzyma cię tylko instynkt przetrwania. Zatyka płuca, kłuje w kości, paraliżuje mięśnie, a umysł mrozi w sposób nie do opisania.

Na trasie jest co najmniej kilka ścian i przeszkód, których nie da pokonać się bez współpracy drużunowej

Noc a dzień:

Nocna edycja Runmageddonu Sopot 2015 na pewno nieco różniła się skalą trudności. Mniej wodnych przeszkód, kilka nowości i obowiązkowe latarki czołówki. Więcej zdjęć i informacji w drugiej części materiału.

Powrót