Biegam od stycznia 2015 roku - nieprzerwanie i z ogromnym zacięciem. Jestem absolutną optymistką i przez swoją pasję do życia...

Na początku maja zapadła kolejna przełomowa decyzja w moim biegowym życiu: czas na pierwszy bieg z przeszkodami! A że Men Expert Survival Race był najbliżej, jeśli chodzi o termin – padło właśnie na te zawody! Czy tego żałuję? Czeka Was chwila lektury.

Podjęłam wyzwanie: 6 kilometrów z 30 przeszkodami. Ja, mały, chuderlawy dzieciak kontra 30 przeszkód. Pozdrawiam siebie! Ale przecież wszystko jest dla ludzi, więc a tym bardziej dla mnie, bo uparta ze mnie bestia.

13518084_1214692641899011_1184952155_o

Podeszłam do tego startu bez większego siłowego przygotowania. I myślę, że każdy może to zrobić, tylko na odpowiednim dla siebie dystansie. Cieszę się jednak, że nie wybrałam trasy 12 kilometrowej (na której biegła inna część redakcji). Mimo, że biegam regularnie kilka razy w tygodniu, dystans półmaratonu nie jest mi obcy, a 5 kilometrów cisnę poniżej 25 minut to ten bieg był dla mnie dosyć ciężki. Choć bardziej traktowałam go, jako zabawę i przygodę, niż zawody. Nie przyszłam się tam walczyć o wynik, tylko zmęczyć się i po własną satysfakcję, ogrom radochy. Że mi się uda i dotrwam do końca, wiedziałam już na początku, byłam tylko pełna obaw w jakim stanie fizycznym i psychicznym. Nie lubię rozczarowań.

Men Expert Survival Race: Warrior 6 km

Startowałam w fali o godzinie 15:30. Na miejscu byłam już chwilę po godzinie 13, ponieważ mam naturalną zdolność do gubienia się na nieznanym terenie. Jak zatem zamierzałam nie zgubić się na trasie biegu z przeszkodami? Bądźcie spokojni. Pomalowałam sobie twarz w bojowe barwy survivalowca i razem z całą falą rozgrzaliśmy nasze gnaty.  Kurzyło się potwornie, ale przynajmniej nasze ciała nabrały charakteru przed starciem z przygotowaną przez organizatorów trasą.

Ruszyliśmy. Na dzień dobry przywitała nas sterta opon. Nie potknęłam się, pierwszy sukces! JEJJJ! Moim oczom ukazała się wielka drabina – mężczyźni dołem, kobiety górą. Uf, ręce mi nie odpadną. Ale, że posiadam mały lęk wysokości, idąc po drabince górą, kolejne kroki nogami i rękami stawiałam niepewnie. Miękko z trzęsącym się inwentarzem. To był dla mnie duży sprawdzian. Wchodząc na drabinki myślałam już, że nie dam rady, trochę nawet się załamałam, ale patrzyłam kątem oka, jak robią to inni ludzie i przecież się da. Poza tym to ludzie przygotowali tę przeszkodę także spokojnie, dasz radę. Gadałam do siebie i pomalutku, pomalutku dobrnęłam do końca i zeszłam na ziemię. Usłyszałam gratulacje, podniosło mnie to na duchu, ponieważ były one naprawdę zasłużone. Ufff!

13517923_1214692651899010_1835371325_o

To co, pamiętam dalej to bieg w gęstym lesie, przechodzenie przez kłody, drzewa, krzaczory, zbieganie z górek i wspinanie się na nie. Później brzeg Wisły. To nie mogło być aż takie proste. Tam napotkaliśmy czarne bagno, muł Wisły, który został okryty siatką. No przecież nie przebiegnę po niej. Podnosimy lekko siatkę i czołgamy się po śmierdzącym, zapadającym się czarnym mule. Jedna ręka, druga noga. Druga ręka, pierwsza noga! No i jakoś poszło! Czułam się pięknie umorusana, buty ciężkie od zalegającego błota. Zaswędziała mnie twarz, otarłam ją ręką – całą w czarnym błocie. Chwila refleksji. Okej, jestem prawdziwym survivalowcem! Muł i błoto, to jest to! Kolejna przeszkoda to również czołganie się przy brzegu Wisły tym razem pod ostrymi zasiekami. Dałam radę, jakoś poszło! Sprawnie i bezinwazyjnie. Nie mówiąc o kolejnych kilogramach piachu, który przyczepił się do moich spodni, koszulki, butów, rąk i twarzy.

Dalej znowu bieg przez las, przez krzaki. Potem przyszedł czas na upragnioną wodę, ale w napompowanym zbiorniku, przez którą musieliśmy przejść. To nic, że woda czarna od błota – chętnie się w niej ochłodziłam. Następnie napompowana ścianka. Wyższa ode mnie. Próbowałam się na nią wdrapać sama, ale była za wysoka i za śliska.

Wszyscy są jedną wielką drużyną

13493704_1214694291898846_1391020287_o

Z pomocą przyszedł kolega biegnący za mną, podsadził mnie, a ja się wgramoliłam. Czy sprawnie, to pewnie sprawa dyskusyjna. Pech chciał, że próbując stamtąd zejść, ktoś właśnie wskoczył na nią. A że przeszkoda zadziałała, jak napompowany materac, ja odbiłam się od niej i grzmotnęłam na ziemię. Nogi i ręce instynktownie mnie asekurowały, więc nie było jeszcze tak źle, jak możecie to sobie wyobrazić. Wstałam. Biegnę dalej. Wtedy to już była chyba drewniana ścianka. Wysoka. No i jak ja mam się na nią wspiąć i podciągnąć? Kolega, który pomógł mi na wcześniejszej przeszkodzie ponownie mnie dogonił. Pojawiła się też reszta jego drużyny. Jeden z nich wlazł na przeszkodę, kolejna dwójka podstawiła mi ręce i tym sposobem ja również znalazłam się na górze. No dobra, ale jak ja mam stąd zejść. Roześmiałam się: trochę naprawdę, a trochę ze strachem. Okej, zeskoczyłam. Moi pomocnicy również. Pobiegliśmy wszyscy dalej i od tej chwili trzymaliśmy się na trasie razem.

 

Bieg z przeszkodami

Później było sporo biegania, a to po krzakach, a to po kniejach. Wspinanie się na górki, zbieganie z górek. Na pewno wiele przeszkód umknęło mojej pamięci, jednak myślę, że te najważniejsze dla mnie znalazły i znajdą swoje miejsce w tym tekście.

Biegniemy dalej z chłopakami. Jedno pogania drugiego. Wszyscy uśmiechnięci, ciekawi nieznanego, może kapkę zmęczeni. Przebiegamy przez opadające liście wierzby. Dobiegam do brzegu stawu, zbiornika wodnego w parku. Na jego środku tabliczka: „Zmęczony?”, no ubawiłam się. Dobiega do mnie reszta ekipy. My dobrze pobiegliśmy? Mamy tam wejść? Chłopaki nieustraszeni wbiegli do zbiornika wodnego, który okazał się sięgać nam raptem do kolan. Poszłam w ich ślady, na początku nieśmiało, a potem, cóż… Rzuciłam się wpław. Ciało obmyte z zaschniętego błota, ochłodzone z żaru spadającego z nieba. Ale to było super! Wręcz niecenzuralnie świetne! Wyszłam z wody. Na lewym bucie zaplątał mi się w sznurówki ogromny, zielony glon. Wszyscy uszczęśliwieni, mokrzy, śmierdzący mułem, stawem biegniemy dalej. Jest naprawdę super!

Walcz tak jak potrafisz

Teraz przyszedł czas na deski, które zostały położone pomiędzy brzegami małego, kwitnącego potoku. Wąskie. Moi koledzy skupili się, złapali równowagę i sprawnie przeszli. Ja ciągle się chwiałam i nie miałam pewności siebie. Potoczek nawet do kostek nie sięgał, a pod spodem beton. Nie chciałam ryzykować. Usiadłam okrakiem na deskach i unosząc się na rękach, przeklepałam się na drugi brzeg. Każdy pokonuje przeszkody tak, jak potrafi. Jazda dalej!

Drążek do podciągania. No i co ja, biedny żuczek mogłam, jak nawet skacząc do niego nie dosięgałam. Jeden z kolegów chwycił mnie pod kolanami, uniósł i wspólnymi siłami podciągnęłam się. Przeszkoda zaliczona.

King Kong

No i znowu bieganie po krzakach i wspinanie się po górkach, korzeniach, zbieganie z górek. I tak raczej już do końcowej fazy biegu, czyli do dwóch ostatnich przeszkód na które zdążyłam się napatrzeć  i najeść strachem jeszcze przed startem. Czyli King Kong i ogromna rampa. Gdzieś pomiędzy było skakanie przez rozżarzone ognicho i starcie w wikingami, ale to w mojej głowie była pestka. King Kong: albo ładnie przejdę, albo wpadnę do wody. Wiedziałam, że nie mam silnych rąk, więc mogę mieć problem, ale chciałam spróbować. Nie liczyłam w żadnym wypadku, że mi się uda, co taka drobnica, jak ja może. Z moich obserwacji jednak wynikało, że aby dobrze poradzić sobie z przeszkodą trzeba było mocno się rozbujać, a potem łapać się kolejnych kółek na linkach, jak tarzan lian w dżungli. I przenosić dzielnie całą masę ciała bujającą się na jedną rękę, potem na dwie, potem znowu kółko, jedna ręka, dwie i tak do końca. Co mogę napisać – zrobiłam to! Pod koniec złapał mnie za nogi inny zawodnik i pomógł zeskoczyć bez szwanku z „lian”. Co za euforia! ZROBIŁAM TO! UDAŁO MI SIĘ! Dawajcie mi tę 4-metrową rampę!

13467772_1214692621899013_328036200_o

Byłam pewna, że na wdrapaniu się tam spędzę jakieś 15 minut. Widziałam, jak ludzie próbowali i to naprawdę nie było proste. Stanęłam na czele grupki. Mężczyzna na górze zawołał mnie ręką do siebie. Wdech, wydech, raz się żyje! Raz, dwa, trzy, podbieg! Hop, wybicie! Moje obydwie dłonie powędrowały w kierunku dwóch innych wystawionych z góry. Poczułam, że ciężar mojego ciała spoczywa w barkach dwóch mężczyzn pomagających mi wejść na górę rampy. Poczułam, jakby opadły moje i ich siły. Nie dam rady, trudno, jeszcze raz. Ale Panowie dali z siebie wszystko, ja znowu uwierzyłam, że CHCIEĆ TO MÓC, zawzięłam się, podciągnęłam na ich rękach, spięłam korpus i nogi i wspólnymi siłami udało mi się za pierwszy razem dostać na mrożącą krew w żyłach rampę. Naprawdę. Na serio. Niemożliwe stało się możliwe. Ale wypas!

Poczekałam na resztę chłopaków na górze. Wszystkim się udało. Wiedzieliśmy, że przed nami już tylko meta. A na mecie? Medal i zimne piwo! Nie wiem, czego bardziej pragnęliśmy po tym biegu z przeszkodami w upale. Ale i medal i piwo smakowało wyśmienicie. Dwie prawdziwe nagrody. Zasłużone.

13499575_1214692655232343_365876956_o

Nieco marudzenia

I choć organizacji całego tego przedsięwzięcia mam sporo do zarzucenia to dla mnie będzie zdecydowanie pozytywnym wspomnieniem. To, co zapadło w mojej pamięci jako niedociągnięcie organizatora to przede wszystkim brak instruktorów/wolontariuszy przy KAŻDEJ, powtarzam KAŻDEJ przeszkodzie. Moim zdaniem to największy błąd, jaki można popełnić na biegu tego typu. Przecież biegnie tłum ludzi – przy każdej przeszkodzie powinien być chociaż jeden człowiek, który będzie obserwował, co robią zawodnicy, w jaki sposób ją pokonują. Doradzić, podpowiedzieć, jeśli ktoś sobie nie radzi. Zganić i poprawić, jeśli ktoś robi coś źle. W razie potrzeby OD RAZU wezwać pomoc. Pilnować, aby nikt nie narażał swojego zdrowia i życia oraz w miarę możliwości opanować ludzi przed przeszkodą, na niej oraz za nią, aby każdy po kolei mógł ją bezpiecznie pokonać. Sama doświadczyłam, że na napompowaną ściankę nie powinna wskakiwać druga osoba, kiedy inna jest jeszcze na niej. Nie wykonując żadnego ruchu, nieświadoma tego, że ktoś skacze na przeszkodę schodziłam z niej. Niestety, odbiłam się od niej niespodziewanie i upadłam na ziemię całym ciałem.

Jeszcze jedno słowo do wolontariuszy, których faktycznie spotkałam na trasie – myślę, że mogę ich spokojnie zliczyć na palach obydwu rąk. Tych, którzy się do mnie uśmiechnęli i wspomogli dobrym słowem mogę policzyć.. zaraz, zaraz, był taki tylko jeden. Jestem przyzwyczajona do tego, że na każdym biegu masowym wolontariusze są pełni, mocy, siły, są naładowani pozytywną energią i gnają zawodników do przodu. Czułam się czasem trochę odosobniona patrząc na tych na trasie Survival Race, ponieważ wyglądali na znudzonych i jakby stali tam „za karę”. Straszna szkoda.

Oznaczenie trasy Warrior

Wiele razy na trasie miałam tak, że zwalniałam lub zatrzymywałam się, aby zorientować się, gdzie mam dalej biec. Moim zdaniem trasa była dość słabo oznaczona. Wolontariusze stali w naprawdę newralgicznych miejscach, jednak nie we wszystkich. Wspólnymi siłami z moją przyszywaną drużyną daliśmy jednak radę! Tłumaczę to sobie również tak, że przecież to bieg z survivalowy, więc zmysł orientacji również musi dać radę!

Kolejki do przeszkód

Kolejki. No dobra! Zahaczę również ten temat. Wiem, że wielu zawodników narzekało na to, że traciło czas przy kilku przeszkodach przez kolejki, które się przy nich tworzyły. Jasne, jest to pewnie jakieś niedopatrzenie. Organizator mógłby to rozwiązać lepiej. Rozumiem tych, których to irytowało. Ja jednak traktowałam ten start, jako dobrą zabawę, wyzwanie i choć straciłam czas w kolejce, czy to na rampę, czy to na King Konga to stanowiło to dla mnie dużego problemu. Jednak jest kolejka, która mnie zirytowała – to droga po odebranie kompletnego pakietu startowego… Odbierałam go godzinę. Zdążyłam się zdenerwować i lekko zmęczyć. Gdyby pakiety można byłoby odebrać chociażby dzień przed i także w dniu biegu na pewno nie byłoby takiego problemu. Odstałam swoje w kolejce, lecz kiedy zorientowałam się, że aby dostać CAŁY pakiet startowy trzeba czekać w 3 różnych kolejkach to otworzyłam ze zdziwienia usta i zaśmiałam się w duchu. To naprawdę mnie zdemotywowało.

13467503_1214692645232344_878211916_o

I choć, jak widać, miałam kilka uwag, co do organizacji biegu, to nie jest to na pewno krytyka, która ma mocno trafić w organizatorów. Każda uwaga zawodnika, który brał udział w danym evencie jest moim zdaniem na wagę złota, a jeśli się powtarza, tym bardziej. Na przyszłość organizator będzie wiedział, co poprawić. Na tym polega współpraca pomiędzy zawodnikami, a organizatorami.

Men Expert Survival Race: Warrior 6 km – ocena

Jeśli chodzi o moją ocenę biegu, jestem bardzo, bardzo, BARDZO zadowolona! Jasne, na pewno mogło to wyglądać lepiej, ale dla mnie ten bieg był naprawdę mega. To była moja pierwsza impreza biegowa z przeszkodami. Nigdy w ten sposób nie biegałam i nie przygotowywałam się do tego specjalnie. Chciałam spróbować. Chciałam podjąć wyzwanie. Chciałam być sama dla siebie wojownikiem. Chciałam poczuć jeszcze większą niż na standardowych zawodach wolę walki. Tak jak chciałam – tak zrobiłam i jestem zdecydowanie zadowolona. Bawiłam i czułam się świetnie. Pokonałam własne słabości, spędziłam genialne niedzielne po południe.

Walczysz przede wszystkim sam ze sobą

Nie rywalizacja w tym wszystkim jest najważniejsza. Tylko ludzie. Ludzie i to, co robimy razem. Myślę, że zaspokojenie własnych ambicji jest tutaj na szarym końcu. Najważniejsza jest radość z tego, co robimy. Możliwe, że gdybym nie spotkała ekipy chłopaków z Łodzi nie byłabym taka zadowolona ze startu. Na pewno pokonałabym cały tor, który został dla nas przygotowany. Ale czymże jest osiągnięcie czegoś bez możliwości współdzielenia swojego osiągnięcia, swojej radości z wygranej z samym sobą z innymi ludźmi? Sama stworzyłam sobie pozytywną atmosferę tego biegu i wszyscy ludzie, którzy biegli za mną, przede mną, wyprzedzili mnie lub ja ich. I skupmy się właśnie na tym. Bo rywalizacja to nie wszystko. Liczą się ludzie i to, co razem możemy przeżyć. A ja przeżyłam coś niesamowitego dzięki ludziom na trasie, ale także ludziom, którzy czekali niecierpliwie na telefon ode mnie, kiedy dotrę na metę.

13493623_1214692625232346_660458124_o