Trasa: 80 kilometrów Limit: 16 Godzin Relacja z ekstremalnego Biegu Rzeźnika w sercu Bieszczad.

obrazek_news

Trasa: 80 kilometrów Limit: 16 Godzin Relacja z ekstremalnego Biegu Rzeźnika w sercu Bieszczad.

Jeden z 4 Runowiczów: Radomir Łożyński, dokonał wielkiej rzeczy – ukończył ekstremalny Bieg Rzeźnika 2014. Przedstawiamy jego relację z blisko osiemdziesięciokilometrowej trasy wiodącej bieszczadzkim czerwonym szlakiem z Komańczy przez Cisną, góry Jasło i Fereczata, Smerek oraz połoniny do Ustrzyków Górnych. Limit czasu wynosił 16 godzin.

W ubiegłym roku po 26 kilometrowym biegu na mecie „Rzeźniczka” poprosiłem, że jak wspomnę jeszcze raz o bieganiu po górach, to żeby mi wybić z głowy takie pomysły. Dzisiaj, po roku od tego dnia siadam do napisania relacji z „Biegu Rzeźnika” jednego z najbardziej znanych polskich ultramaratonów. Bieganie po górach a w szczególności Bieszczadach nie pozwala o sobie zapomnieć, uzależnia od pierwszego razu.

I tak 20 czerwca o 3.30 rano stoimy z Piotrem na linii startu. Jesteśmy, pełni nadziei, pełni obaw, pełni zjedzonej pośpiesznie owsianki i pełni zapału, żeby dotrzeć do mety. Rytmiczne dźwięki bębna zagrzewają czekających na start, wprowadzają w oczekiwany przez wszystkich rytm biegu.

Pada strzał i ruszamy w ciemnościach rozświetlanych przez setki latarek czołowych. Pierwsze kilometry to droga, na której każdy znajduje swoje miejsce, biegnąc swoim rytmem. Z przodu ci, którzy walczą o zwycięstwo, z tyłu ci, którzy walczą o przetrwanie.

Pierwszy cel to oddalona o 18 km od startu przełęcz Żebrak, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny. Pierwsze miejsce gdzie można uzupełnić napoje. Czujemy się dobrze, także zatrzymujemy się tylko na czas niezbędny do wypicia kilku kubków wody i ruszamy do Cisnej gdzie na 33km trasy znajduje się „przepak”, czyli miejsce gdzie mamy dostęp do przygotowanych wcześniej rzeczy.

Zapasowe skarpety, batony energetyczne i napój gazowany uspakajający rozbiegane trzewia. Po kilku minutach wybiegamy z Cisnej w kierunku szczytu Okrąglik, przez Małe Jasło i Jasło. Od teraz zaczyna się sprawdzian jak kto się przygotował, na ile jest mocny. Trasa Cisna – Smerek to najdłuższy odcinek, beż możliwości uzupełnienia wody.

Na najbliższe 24 km stromej wspinaczki i zbiegu mamy do dyspozycji tylko to, co zabraliśmy w plecaku i nic więcej. Już po około 5 km widzimy zespoły, które zmuszone są wycofać się z biegu. Jednych targają torsje wywołane skrajnym zmęczeniem inni ze łzami w oczach idą w przeciwnym do nas kierunku. Minęła dopiero połowa trasy i to jej łatwiejsza część. Wspinamy się dalej… Na około 2 km przed przepakiem w Smereku słyszymy dźwięki bębna. Świadomość zbliżania się do przystanku z piciem i jedzeniem dodaje energii.

Po przybyciu na miejsce okazuje się że bęben, który słyszeliśmy z oddali to w rzeczywistości wiadro, w które ktoś uderzał kijem J. Jesteśmy na 54km i czujemy się na tyle dobrze, że rośnie w nas wiara na szczęśliwe zakończenie, jednak przed nami dwa trudne podejścia i nie mniej wymagające zbiegi. Różne są formy kibicowania biegaczom o czym przekonaliśmy się na początku szlaku na Smerek, gdzie naszym oczom ukazał się siedzący wiolonczelista ubrany we frak jakby właśnie wyjęty z filharmonii. Widok w miejscu i czasie tak abstrakcyjny, że przez głowę przechodzi myśl czy jest prawdziwy czy to może już zmęczenie…
Drogę na Smerek pokonujemy bez problemów.

Dalej Przełęcz Orłowicza, schronisko Chatka Puchatka, i w dół do Brzegów Górnych, gdzie znajduje się ostatni punkt kontrolny przed metą. Jednak zanim meta to jeszcze trzeba pokonać Połoninę Caryńską. Zostało 9 km i zaczynamy wspinaczkę na najwyższy punkt na trasie. Na szycie, dwa kilometry dalej mamy świadomość, że dotrzemy do mety nawet jeżeli musielibyśmy pozostałą część trasy iść. Świadomość ta powoduje, że zaczynamy walczyć o lepszy czas. Biegniemy skrajnie skupieni na miejscach gdzie stawiamy stopy. Droga jest bardzo trudna z wystającymi  kamieniami a ostatnie czego nam trzeba w tej chwili to skręcona noga.

Po wejściu w las ostatnie 3 km to leśna ścieżka na której nie ma już kamieni. Przyspieszamy zapominając o zmęczeniu, bólu i przebytych dotąd kilometrach. I tak mijając jeszcze po drodze kilka par docieramy do upragnionej mety, gdzie dostajemy medal na szyję i otwarte J piwo „Rzeźnik” do ręki. To już koniec. Koniec biegu, koniec miesięcy przygotowań, koniec nadziei i obaw jak to będzie.

Doganiają nas wszystkie emocje, które ciągnęły się za nami przez całe blisko 80 kilometrów. Formuła Biegu Rzeźnika, to bieg w parach. W zamierzeniu ze względów bezpieczeństwa ale dużo ważniejsze jest to, że przez wszystkie trudy związane z pokonaniem dystansu przechodzi się z partnerem. Wspólnie rozwiązuje się napotkane problemy i kiedy trzeba wzajemnie się motywuje. Jednak najważniejsze jest to, że tuż za linią mety jest koło ciebie ktoś, kto był z tobą przez ostatnie godziny, kto czuje dokładnie to samo co ty, ktoś z kim dokonałeś czegoś niezwykłego. Dziękuję Piotrze, że byłeś tam ze mną.

Powrót