Fiolka z Life on the RUN wygrała u nas start w Wilnie i pojechała na Międzynarodowy Wileński Danske Bank Maraton 2015. Zobaczcie jej przeżycia w pierwszym maratonie w życiu!

Kilka miesięcy temu, w jednym z odcinków Magazynu Atleci, którego byłam gościem, redaktor Przemysław Iwańczyk zapytał mnie „kiedy pierwszy maraton?”. Wówczas odpowiedziałam śmiejąc się, że nie wiem, że na razie chcę pielęgnować te dystanse, które mam do tej pory bo uwielbiam półmaratony, ale na pewno kiedyś, choć raz w życiu chciałabym przebiec maraton i spełnić to marzenie. I choć nie planowałam tego w najbliższym czasie, o czym pisałam tutaj, gdy dostałam start w Orlenie: KLIKNIJ to moje marzenie spełniło się dość szybko, w Wilnie w niedzielę 13 września 2015 roku. Przez ten rok pracowałam intensywnie biegając, chodząc na zajęcia siłowe oraz fitness. Maraton nie był wpisany w mój kalendarz biegowy na ten rok.

Ale gdy okazało się, że od 4RUN wygrałam pakiet na dowolnie wybrany przeze mnie bieg w Wilnie, postanowiłam podjąć wyzwanie i po raz kolejny w tym roku zrobić coś po raz pierwszy – przebiegnę maraton, teraz jestem na to gotowa, gotowa mentalnie!

Oprócz tego, że żyłam bardzo aktywnie przez ten rok, tak naprawdę od tej wiadomości do samego startu miałam miesiąc na ostatnie szlify formy. Ze znajomymi pojechałam biegać po górach gdzie wzięłam udział w swoim pierwszym biegu górskim, w kolejnym tygodniu pobiegłam w Pile robiąc życiówkę w półmaratonie, a w ten weekend wystartowałam w maratonie i niczego nie żałuję.

To był bardzo intensywny weekend. W piątek załatwiałam ostatnie sprawy przed wyjazdem i chciałam po prostu wyspać się przed podróżą. Sobota, budzik zadzwonił o 04:00 rano. O 6.00 wyjeżdżałam z Warszawy Polskim Busem. W Wilnie byłam na 15.00. Znajomi, u których się zatrzymałam odebrali mnie z dworca, pojechaliśmy na Plac Katedralny odebrać pakiety. Miło spędziliśmy czas na pastaparty, na zwiedzaniu Wilna, pijąc kawę na wzgórzu i zajadając ciastka. Wilno jest przepiękne, z pewnością jeszcze tam wrócę, bo w tak krótkim czasie nie udało się wszystkiego zobaczyć.

Na starcie, w niedziele pojawiliśmy się chwilę przed 9.00. Wilno ma swoje szczęśliwe miejsce. Jedna z płyt chodnikowych na Placu Katedralnym nosi napis „stebuklas” czyli „cud”. Jeśli chcemy, by spełniło się nasze życzenie, powinniśmy stanąć na płycie, pomyśleć życzenie i obrócić się o 360 stopni zgodnie z ruchem wskazówek zegara 3 razy, CO TEŻ UCZYNIŁAM. W tym dniu, oprócz maratonu rozgrywały się biegi na dystansach 21km – w tym biegu biegli Migle i Alex, 10km, 4,2km oraz biegi dla dzieci.

Międzynarodowy Wileński Danske Bank Maraton 2015 to wspaniałe wydarzenie. Serce stolicy – Plac Katedralny zgromadził tysiące biegaczy różnych narodowości. Cudownie było zobaczyć polską flagę i usłyszeć, jak organizatorzy witają nas w różnych językach. Maratończycy i półmaratończycy startowali razem wymieszani odpowiednio ustawieni każdy z swoich strefach czasowych.

Odliczanie, brawa i start. Półmaratończycy ruszyli szybciej. Przed nimi było jedno okrążenie. Maratończycy mieli do pokonania dwie pętle. Trasa biegu malownicza, piękna, z dużą ilością podbiegów. Po starcie biegliśmy wzdłuż największej rzeki Wilna – Wilii. Nadrzeczną ścieżką wbiegliśmy do Vingis parku, a stamtąd biegliśmy malowniczymi uliczkami Starego Miasta. Same emocje, jakie towarzyszyły mi tego dnia spowodowały, że bieg uważam za bardzo udany.

Podejrzewam, że dla tych, którzy biegają maratony i biegają je po świecie trasa byłaby przyjemna, jednak jak na mój debiut w maratonie, oceniam trasę jako trudną technicznie. Z tego względu, że jak masz już ponad 30km w nogach każde wzniesienie, które musisz przebiec jeszcze raz sprawia trudność. Trasa:

Mój plan był prosty. Zamknąć dystans w 4h:20m max i ukończyć bieg na mecie. W związku z tym, że to mój pierwszy maraton założenie było takie, aby dobrze rozłożyć siły i zacząć wolno. Połowę trasy zrobiłam w 02:08:46. Ufff jeszcze tylko druga połowa pomyślałam 🙂

Do 30 km biegłam spokojnie. Trasę odliczałam co 5km, jakoś tak łatwiej mi było w głowie zobrazować sobie tak mierzoną ilość kilometrów, niż liczyć co jeden przebyty, starałam się nie patrzeć na tabliczki z oznakowaniem km na trasie. Gdy czułam, że biegnę zbyt szybko, zwalniałam pod górkę. Szybsze bicie serca odczułam na 37km i wtedy zwolniłam jeszcze bardziej. Gdy byłam na 39km postanowiłam człapać pod górkę. Nie spotkała mnie tak zwana „ściana”. Owszem nogi po raz pierwszy przebyły taką ilość kilometrów, ale nie było mi słabo, nie miałam mroczków przed oczami, żadnych objawów, o których czyta się w internecie. Byłam tylko zwyczajnie zmęczona.

Na trasie nawadniałam się na każdym stopie i przyjmowałam żele energetyczne. Spojrzałam na zegarek i pomyślałam „tylko dwa kilometry, masz już to, czerp z tego radość, czas nie jest ważny”. Biegnąc po jednaj z uliczek zobaczyłam, że jeden z biegaczy, półmaratończyk wraca z biegu z piwem w ręku. Ohhhh jak chciało mi się piwa 🙂 Zapytałam go czy da mi się napić, Włoch zaczął się śmiać i odpowiedział „its yours”  tak więc napiłam się i pobiegłam dalej.

Prawdziwe flow poczułam na samym finiszu. Ostatnie 195 metrów z miną wściekłego psa i zmęczeniem na twarzy tutaj zdjęcia z finiszu i trasy, proszę się nie śmiać 🙂

Zegar odmierza twój czas, a ty niewidomo skąd masz jeszcze w sobie pokłady energii. Jedziesz na oparach coraz szybciej, uśmiechasz się, widzisz tłumy bijące ci brawo, przekraczasz metę, dostajesz medal, gratulacje, czujesz się tak, jakby ktoś zagipsował ci dwie nogi od pasa po czubki palców, łzy… i wówczas dociera do ciebie myślisz że JESTEŚ MARATONCZYKIEM!!!

Organizacja wspaniała. Konkretny pakiet startowy bez zbędnej makulatury. Dużo przystanków muzycznych, które umilały bieg. Trasa dobrze oznaczona, nie sposób było się zgubić. Wolontariusze sprawnie wydawali wodę, której było pod dostatkiem. Stop z wodą co 5km, banany, długie stoły z dużą ilością kubków do picia, nikt się nie przepychał, pełna kultura na całej trasie i opieka. Wspaniali roztańczeni kibice. Suuuuper wrażenia, powinniście tam pobiec.

Na trasie zdarzył się niestety śmiertelny wypadek. Zmarł mężczyzna. Biegłam obok, widziałam go leżącego na ulicy wśród reanimujących go sanitariuszy, jestem bardzo wrażliwa… popłakałam się…

DLATEGO – rób badania! Nie biegaj takich dystansów ponad swoje siły, a jeśli czujesz, że dasz radę, pamiętaj że, to Twój pierwszy maraton, nigdzie nie musisz się spieszyć. Najważniejsze to ukończyć bieg, nikomu nie musisz niczego udowadniać! Biegam z chora tarczycą, jestem pod opieką specjalistów, aktualnie nie przyjmuje żadnych leków. Muszę uważać tylko na nadmierne przemęczenie. Dystans 42,195 jest dużym obciążeniem dla organizmu, dlatego cieszę się, że byłam do niego przygotowana siłowo i mentalnie.

Dziękuję moim wspaniałym znajomym za pobyt w Wilnie. Migle, Aleksandr, Jelena 🙂 Czas z jakim zameldowałam się na mecie to 04:24:41 – nie mam powodów do wstydu! JESTEM MARATOŃCZYKIEM!!!

Wiola Pec, autorka Life on the RUN