Zostałem Bohaterem Narodowego – relacja z Maratonu Warszawskiego

obrazek_news

Biało-czerwona i wypełniona podniosłymi hasłami ulotka promująca wrześniowy Maraton Warszawski, wzbudzała spore zainteresowanie wielu biegaczy. Miało to miejsce w poznańskiej hali Arena podczas odbioru pakietu startowego na mój pierwszy półmaraton. Pomyślałem, że musi to być fantastyczne uczucie, po tak ogromnym wysiłku i walce z własnym ciałem wbiec na płytę wspaniałego Stadionu Narodowego, wypełnionego kolorowym tłumem kibiców. Marzenie. Tak, było to naprawdę odległe marzenie, bo nigdy wcześniej nie ukończyłem nawet półmaratonu. Sam dystans 21 kilometrów mnie niepokoił, a co dopiero mówić o dystansie dwukrotnie dłuższym?!

Kwietniowy półmaraton miał być dla mnie tylko wydarzeniem jednorazowym. Miałem go przebiec i coś sobie udowodnić. Nic więcej. Bieganie miałem odstawić wraz z odebraniem medalu na mecie. Na nieszczęście, bieganie zaczęło sprawiać mi przyjemność. Brakowało mi później tej niezwykłej atmosfery towarzyszącej na zawodach i tej radości na mecie. Dlatego porzuciłem decyzje o odstawieniu butów do biegania.

Miały tygodnie, kolejne starty w biegach stawały się statystyką. Forma i pewność siebie rosła, a przez cały ten czas, z półki w pokoju zerkała na mnie biało-czerwona ulotka maratonu warszawskiego. „Zostań bohaterem…”. Czym dla mnie był wtedy maraton? Była to 42 kilometrowa wojna totalna z własnym ciałem, próba hartu ducha i wiary w samego siebie. Pozbawiony logicznego wytłumaczenia wysiłek, marzenie bez wymiernej korzyści czy próba udowodnienia sobie, że jestem silniejszy niż własna słabość. Takie argumenty ani trochę mnie nie zniechęciły, wręcz przeciwnie. Powodem takiego myślenia, jest fakt, że wspinam się zimą w Tatrach. Tam na każdym kroku człowiek przełamuje własne bariery i udowadnia sobie siłę i wiarę w siebie i w to co robi. Nawet klęska i odwrót z grani, jest krokiem naprzód, a obserwacje i doświadczenia zdobyte, tam w chmurach sprawiają, że po powrocie na niziny nic nie pozostaje już takie same. Tego samego oczekiwałem od maratonu i to mnie najbardziej skłoniło do wystartowania w Warszawie i otrzymania tytułu „bohatera narodowego”. Jedynym warunkiem, który sobie postanowiłem; była ciężka praca nad kondycją i wytrzymałością biegową, która pozwoli mi spokojnie i dumnie dobiec na stadion. Dzisiaj mogę napisać, że mimo kontuzji, czas ten nie był czasem straconym.

W Warszawie znalazłem się w piątek 28 września. Bardzo mi zależało, aby już tego dnia odebrać pakiet startowy na Stadionie Narodowym – zobaczyć miejsce, gdzie po kilkugodzinnej walce wbiegniemy na metę. Pojechałem tam z bratem i przyjacielem Tomkiem Górskim, dla którego też to miał być debiut w maratonie.

W dniu startu rzeka biegaczy już od wczesnych godzin rannych tłoczyła się wzdłuż promenady stadionu. Trzeba było przejść spory kawałek, aby zniknąć w podziemiach stadionu, gdzie był depozyt i szatnie dla biegaczy. Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane, a ilość sektorów depozytowych czy miejsca do przebrania była wystarczająca. Ci, którzy mogli czuć się skrępowani mieli do dyspozycji kryte przebieralnie. Pakowanie żeli energetycznych, mocowanie iPoda, kilka łyków red bulla i byłem gotowy do rozgrzewki. Była godzina 8:25, gdy wyszedłem z podziemi stadionu i spokojnym truchtem zacząłem bieg przez promenadę. Atmosfera była napięta, wielu spóźnialskich biegło do depozytu, inni gorączkowo się rozgrzewali, a reszta jakby nigdy nic spokojnie dyskutowała z znajomymi. Nie chciałem nic oddać przypadkowi, więc moja rozgrzewka była dość skrupulatna i dokładna. Nastawiałem się psychicznie, słuchając muzyki. Zamknąłem oczy i wyobrażałem sobie rezultat poniżej 4 godzin na mecie. Wiedziałem, że wszystko będzie zależeć od mojej głowy. Od myśli, nastawienia i motywacji. Chciałem być jak skała i walczyć z pokusą marszu, nawet tego przy bufetach. Miałem przebiec cały maraton od startu do mety bez zwalniania tempa.

Wybiła godzina 9:00 i rzeka ludzi ruszyła w stronę Ronda de Gaulle’a. Dreptanie w miejscu, marsz, trucht, linia startu i bieg! Stopery i pulsometry poszły w ruch, a pomruk życzeń powodzenia niósł się jeszcze dziesiątki metrów. Z każdym krokiem hałas kibiców rósł, mijałem flagi coraz bardziej egzotycznych państw, a flesze aparatów odbijały się w okularach. Uczucie niesamowite, być bohaterem już na starcie maratonu. Pierwsze kilometry biegłem spokojnym równym tempem. Czułem się silny i pewny. Po kolei mijałem Nowy Świat i ludzi, którzy dopiero wracali z  sobotnich imprez. Plac Piłsudskiego, Teatr Wielki, Pałac Prezydencki i Plac Zamkowy robiły o tej porze niezwykle wrażenie. Dopiero pierwszy bufet przypomniał mi, że nie jestem na wycieczce krajoznawczej. Trwała walka. Walka o kubek wody czy izotonika, bezradne podbieganie do toitoi’ów czy wpadnie na innych biegaczy. Mimo największego poświecenia przy takim tłumie wolontariuszom ciężko było pomóc wszystkim biegaczom i wydawać napoje. Po nawrocie przy stadionie Polonii wbiegłem na Wisłostradę. Tutaj dało o sobie znać poranne słońce, które oślepiało i szybko nagrzewało asfalt. Było gorąco. Nawet podmuchy wiatru znad Wisły dużo nie pomagały. Jedynym rozwiązaniem było obfite chłodzenie wodą na kolejnych bufetach. Nie minąłem 10 km, a już robiło się niekomfortowo. Rozglądałem się dookoła. Z przodu i z tylu po horyzont biegacze. Tysiące! Istna kolorowa rzeka marzeń i wiary. 10 kilometr był dla mnie chyba najbardziej niezwykły. Przebiegałem pod mostem, na którym zaczęliśmy maraton, pod Mostem Poniatowskiego. Po obu stronach drogi, na długości kilkuset metrów zebrało się około tysiąc kibiców. Droga została zwężona do jednego pasa jezdni. Wbiegało się w ten tunel ludzi. Hałas i doping ich gardeł zagłuszał wszystko, co leciało w słuchawkach. Człowiek w takich chwilach jest najmocniejszy i wie, że pokona wszystkie słabości ciała i jak taran będzie szedł po zwycięstwo. Bez trudów mijały kolejne kilometry. Widok wiślanych bulwarów ustąpił widokowi mokotowskich blokowisk. Na szczęście słońce częściej chowało się za chmurami, a nogi niosły w najlepsze. Minąłem 18km i znowu zrobiło się niesamowicie. Pojawiłem się w miejscu, gdzie znajdowały się 2 nawroty. Już z tego miejsca mogłem bez problemu zobaczyć i minąć biegaczy, którzy wbiegali na 22km. Z prawej i lewej strony całe pasy jezdni zajęte przez maratończyków. Było to najlepsze miejsce, aby zorientować się, gdzie jest nasz największy rywal.

Linię półmaratonu minąłem z zapasem 3 minut nad moim planem ukończenia maratonu w czasie 4 godzin. Teraz została jeszcze druga połowa i koniec. Żaden problem – pomyślałem. Czułem się świetnie, nawet nie poczułem tego dystansu. Czułem, że mogę biec tak w nieskończoność. 24km, robi się niepokojąco. Pierwsi biegacze zaczynają maszerować wzdłuż trasy. Powoli dawało to pojęcie o wielkim wysiłku. Wiedziałem, że podobny kryzys mnie nie ominie. Prędzej czy później będę musiał zwolnić tempo i walczyć z samym sobą. Póki, co szło mi dobrze. Zero bólu, lekkie zmęczenie i delikatne uczucie gorąca – zwyczajny trening. Po ostrym zakręcie wbiegam na wyłożoną zużytymi cegłami drogę do rezerwatu Natolin. W słuchawkach Paktofonika. „Potencjał niewyczerpany. Chyba w DNA on był mi dany.” – droga się zwęża, biegniemy ramię w ramię z innymi. „Wiedz, że niepewności spłoszę. Nastrosze się.” – mijam nieprzytomnego mężczyznę, wycieńczonego dotychczasowym wysiłkiem. „Uwierz w co zechcę. A poczujesz jeszcze od tych lepsze dreszcze.” – stromy i długi podbieg w stronę Pałacu Potockich. „Ty też jesteś bogiem. Tylko wyobraź to sobie.” – wybiegnięcie na ulice Ursynowa i pierwsze bóle nóg. Staram się wyrównać oddech po podbiegu. Już nie jest tak lekko jak 30 minut temu. 29km, zdecydowanie taktyka stosowania żelu energetycznego co 7 kilometrów zawodzi. Już czuję, że za rzadko je biorę. Uda i stopy pieką. Ból powoduje, że muszę zwolnić swoje tempo. Stresuje się, że czas poniżej 4 godzin będzie trudny do osiągnięcia. Mój plan wyrywa się z moich rąk. Nie panuję nad nim. Tak samo nie panuję nad ciałem. Mam uczucie jakby dystans miedzy flagami, zwiększał się. Albo może ja potrzebuję więcej czasu na przebiegniecie tego kilometra oddzielającego te flagi. Staram się nie myśleć o tym. Przede mną pojawia się Tomek. Biegł ponad 2 minuty przede mną, a teraz zrównaliśmy się. Nie podbiegłem do niego, nie chciałem go poganiać swoim widokiem. W pewnej chwili odwrócił się i zauważył mnie. Uśmiechnął się, mimo bólu. Ja tylko przyłożyłem palec do ust w geście ciszy.

Teraz przed nami był prawdziwy sprawdzian – ostatnie 10 kilometrów do mety. Ludzie mówią, że maraton to bieg na 10 kilometrów, po przebiegnięciu 32 kilometrów. Teraz te słowa naprawdę nabrały znaczenia. Każdy z nas toczył walkę z samym sobą. Ból stawał się coraz bardziej wyraźny, a zdrętwiałe ręce nie miały sił trzymać bidonu z izotonikiem. Nie odwracałem się, nie odzywałem się do nikogo, aby nie tracić resztek sił. Każdy podbieg, każda zmiana kierunku biegu była bólem. Kilka minut później mija mnie pacemaker na 4:00. Mija mnie z lekkością i szybkim tempem znika w rozproszonych tłumie biegaczy. Z około dwustu osób, które za nim biegły, wytrzymała mniej niż połowa. Wbiegam na ulicę Puławską, która jest ostatnią prostą wśród warszawskich blokowisk. Na tym odcinku było najwięcej zorganizowanych grup kibiców. Dzieci ze szkół, harcerze czy dzieciaki z podwórek zebrały się, aby dodać wiary w siebie tym, którzy pozostali jeszcze na trasie. Tutaj byli najbardziej potrzebni. Ich uśmiechy i energia dodawały sił. Nas jedynie było stać na niewyraźne uśmiechy wymieszane z bólem. O czym myślałem na 37km? Starałem uświadomić sobie, że 5 kilometrów to jest żaden dystans. To tylko 25 minut zwykłego biegu. To niewiele. Wtedy te 5 kilometrów, wydawało się trudniejsze niż przebyte 37 kilometrów. Ciało już się poddało. Boleśnie dawały o sobie znać kolejne mięśnie i stawy. Na Alejach Ujazdowskich myśli spowolniły, większość ludzi na trasie już szła. Starannie ułożony warkocz peletonu zmienił się w chaotyczny zbiór kolorowych punktów. Wielu już się poddało, a ja nadal walczyłem. Teraz już tylko serce i wiara prowadziły moje nogi do mety. Z daleka już widziałem Rondo de Gaulle’a, dalej był Most Poniatowskiego, a po nim już tylko meta. Wybiegłem zza zakrętu i zobaczyłem Stadion Narodowy! Tam było moje spełnione marzenie. Nie wiem jak, ale z radości zacząłem płakać. Łkałem ze szczęścia i biegłem prosto w jego stronę. Był już tak blisko. Tylko 2 kilometry dzieliły mnie od niego. Minąłem ostatni bufet, gdzie wszyscy podchodzili już marszem. Ja dalej biegłem. Minąłem flagę 40km i wtedy dotarło do mnie, ile już jest za mną. Już teraz nic nie może mnie powstrzymać. Jestem wdzięczny facetowi na szczudłach z megafonem i za jego słowa: „pamiętajcie, póki biegniecie jesteście zwycięzcami”. Te słowa dodały niezwykłej siły i wiary. Ostatnie kilometry już nie sprawiły takiego bólu. Mimo okropnego zmęczenia, bieganie znowu zaczęło mi sprawiać wielką przyjemność. Znowu się uśmiechałem, a stadion stawał się coraz większy. 41km, wzdłuż drogi przybywało kibiców, słońce pięknie oświetlało biało-czerwoną fasadę stadionu, a z trybun rozlegał się głośny doping. Tomek zrównał się ze mną i było jasne, że razem wbiegniemy na metę naszego pierwszego maratonu. Zbiegliśmy z mostu na Wał Miedzeszyński i po kilku sekundach stanęliśmy wprost bramy stadionu. Wąska, ogrodzona barierkami, ścieżka wyprowadziła nas delikatnie pod górę do parkingu. Tutaj ludzie kibicowali z podobną pasją jak 32 kilometry wcześniej. Krzyki, oklaski i powiewające transparenty, które chwytały za serce. Nogi niosły tak lekko jak na początku, a serce waliło jak opętane. Wbiegliśmy do tunelu. Tutaj byli ci, którzy ukończyli już maraton. Stali wzdłuż trasy i z takim samym podziwem jak inni, bili nam brawo. Mimo tego, że ukończyli bieg i spieszyli się do rodzin, stali tam i byli z nami. W milczeniu z wzruszeniem na twarzy odprowadzali nas wzrokiem na płytę. Z każdym krokiem okno świetlne w tunelu rosło, a serce biło mocniej. W końcu jest, jesteśmy na płycie! Żadne słowa nie opiszą tego co czuje człowiek w takim momencie. Dopingujący kilkutysięczny tłum, salwy braw, łzy biegaczy i rodzin. Zero udawania, tylko prawdziwe emocje. Ogromne szczęście, które niesie nogi do mety w tym nieludzkim wysiłku. Człowiek biegnie totalnie odurzony tą atmosferą i niezwykłą dawką endorfin i adrenaliny.

Ostatni zakręt i meta! Rękoma chwytam się za głowę, Tomek zaczyna się śmiać. Już wiemy, że zwyciężyliśmy. Jesteśmy bohaterami, już tylko metry dzielą nas od spełnionego marzenia i wygranej z własnymi słabościami. Podnosimy ręce w geście triumfu i razem przebiegamy przez linię mety. Nie mamy sił płakać ze szczęścia, tylko rzucamy się w ramiona i gratulujemy sobie. Nogi miękną, zdrętwiałe ręce pieką, ale szczęście jest silniejsze niż jakikolwiek ból. Było warto podjąć tak ogromne wyzwanie i poddać swoje ciało i duszę tak ogromnej próbie. Udowodnić sobie, że marzenia się spełniają. Tylko trzeba czuć wielkie pragnienie zwycięstwa i włożyć w to całe swoje serce. Wtedy wszystkiego można dokonać. Dokonać czegoś, co jeszcze nie tak dawno wydawało się czymś niemożliwym. Być kimś więcej. Być maratończykiem.

Piotr Iwanowski